wtorek, 22 kwietnia 2025

Na skróty PO ZMROKU, część 2: Lesoir, Ekzilo, Jacob Roberge, Bakullama

W dzisiejszej odsłonie skrótów po zmroku dzieje się dużo. Zaczynamy od Holandii, ściślej od miasta Maastricht, które na ogół kojarzy się z powstaniem Unii Europejskiej, ale fani rocka progresywnego i art rocka powinni też zbudować skojarzenia wokół kapeli Lesoir, która prawdopodobnie w tym roku nagrała swoje opus magnum w dotychczasowej dyskografii. Wybieramy się też do Hiszpanii, podążając za muzyką Ekzilo. Nie brakuje tu lokalnych akcentów i chyba ta ekipa planuje grać wyłącznie dla słuchaczy z Półwyspu Iberyjskiego - trzeba lubić te iberyjskie klimaty, aby zaprzyjaźnić się z muzyką Ekzilo. Tymczasem za oceanem Jacob Roberge wydał swój duży debiut, który nie jest wolny od aż nazbyt wyraźnego inspirowania się starszymi kolegami po fachu, ale po zapłaceniu frycowego ten zdolny muzyk powinien nagrać coś znaczącego. Na finał totalna masakra w wykonaniu zespołu Bakullama, o którym chcę jak najszybciej zapomnieć. 

 
Lesoir "Babel"

Holenderska formacja Lesoir trochę już działa na scenie rocka progresywnego i art rocka. Sześć krążków w jej dorobku pozwoliło poznać możliwości zespołu, ale... czy na pewno? Nazwa Lesoir dotąd nie przebiła się do masowej świadomości słuchaczy. Tymczasem album "Babel" to wyborna dawka muzyki. Kompozycja tytułowa - dwadzieścia minut artystycznych wizji - zachwyca rozmachem, klimatem i momentami, do których chce się wracać. Fascynuje operowanie tempem utworu. Do niekończącego się oceanu muzycznych inspiracji zabierają instrumentaliści, wszak magicznie brzmią gitary Eleen Bartholomeus i Ingo Dassen, którzy nie boją się improwizacji. Elementy folku, bogato serwowane na przestrzeni kompozycji, mogą wydać się nieco egzotyczne, ale uzupełniają atmosferę utworu. Tym bardziej, że wokale brzmią bardzo rytualnie. Ważne, że Lesoir nigdzie się nie spieszy, czaruje dźwiękiem, ale potrafi też naostrzyć pazury. Na tym polega siła kompozycji tytułowej. Zaiste jest jak wieża Babel: dzieje tu się naprawdę dużo. Całość smaczna, wciągająca i oparta na solidnie dopracowanym brzmieniu. Zaskakuje finał, trochę w konwencji miszmaszu wcześniej zaprezentowanych partii instrumentalnych i efektów niczym z transmisji telewizyjnej - reklama tego, co potrafi Lesoir. W trackliście znalazło się jeszcze sześć innych utworów, o wiele krótszych, ale również mających swoje momenty, które wzmacniają przekonanie o wszechstronnych możliwościach holenderskiej kapeli. Art rockowe pejzaże dźwiękowe, intrygujące prog rockowe zjazdy instrumentalne, dużo folku i trochę nietypowego wokalu. Warto sprawdzić. 

Ocena: 8/10

Ekzilo "Quantum Phase Transition"

Tworzenie muzyki i ukrywanie tożsamości nie idą w parze w XXI wieku. A jednak o hiszpańskiej kapeli Ekzilo wciąż niewiele wiadomo poza tym, że właśnie wydała drugi album pt. "Quantum Phase Transition". Jej skład tworzą Paula Rodríguez (ik, w), Jose Ruiz (g), Angel Veas (b) i Abelix Tudela (p), ale potrzeba trochę cierpliwości, aby co nieco dowiedzieć się na temat tych twórców. Najlepiej jednak mówi sama muzyka. Ta w wykonaniu Ekzilo łączy psychodelię, space rocka i rocka progresywnego z wyraźnymi hiszpańskimi akcentami. Kapela na krążku "Quantum Phase Transition" zaproponowała pięć rozbudowanych utworów i krótki epilog. Całość brzmi zgrabnie. Słychać w tym hiszpańskiego ducha. W bogatych przestrzeniach instrumentalnych można odnaleźć sporo interesujących zagrywek. Kapela lubi kosmos. W jej muzyce daje się odczuć astralne inspiracje. Często też balansuje pomiędzy różnymi muzycznymi wypowiedziami - sporo tu rocka, ale też znalazło się trochę miejsca dla metalu. Najczęściej mamy tu do czynienia z muzyką instrumentalną - słowa wybrzmiewają sporadycznie, raczej jako dodatek do instrumentalnych wycieczek zespołu. Ekzilo brzmi tajemniczo, magnetyzuje okładką "Quantum Phase Transition", ale ze względu na swój klimat - O! Hiszpanio! - trafi w gusta tylko wybranych fanów rocka progresywnego. 

Ocena: 7/10

Jacob Roberge "The Passing"

Debiuty są piękne, ale i ryzykowne. Czasem pracujesz latami, aby coś wydać, a zdarza się, że wydajesz coś pracując nad tym niewiele, bo taka jest potrzeba czasu. Jak się sprawy maja w przypadku Jacoba Roberge? Album "The Passing" to jego debiut. Multiinstrumentalista, wokalista i kompozytor made in Canada zarejestrował sześć utworów, przy czym kompozycja tytułowa trwa ponad pół godziny i składa się z sześciu mniejszych części. Jest to więc bardzo rozbudowane, monumentalne dzieło, na którym zresztą oprócz Jacoba Roberge wystąpiła grupa muzyków nie tylko ze świata rocka, ale i jazzu oraz orkiestry. Album brzmi bardzo patetycznie, czasem nieomal jak z Eurowizji ("The Long Way Home", "Empty Traces, Pt. 1"), tak jakby zdolny Jacob nie potrafił jeszcze wybrać drogi muzycznej, po której chciałby podążać. Być czy mieć, prawda? Czasami tylko mieć, tak jakby "The Passing" miał być najpierw na sprzedaż, później do kontemplacji. Broni się za to utwór tytułowy. Nie chodzi tylko o jego wielowątkowość, ale o wizję. Jacob Roberge zdradza tu zmysł kompozycyjny w tworzeniu wielkich, zamkniętych struktur. Utwór oferuje różne kolory progresji. Bywa, że brzmi bardzo metalowo (swoją drogą solówki gitarowe to mocna strona "The Passing"), a bywa, że rozkłada się na rockowych przestrzeniach. Smyczki fantastycznie uzupełniają kompozycję, rewelacyjnie wybrzmiewają klawiszowe improwizacje, ale wokal i efekty trochę trącą muzycznym kuglarstwem, brakuje pazura. W każdym razie za kompozycję tytułową Jacob Roberge zasługuje na uwagę. Jego twórczość zapowiada się interesująco, choć potrzeba jej więcej świeżości. 

Ocena: 6/10

Bakullama "Broken Hearts & Troubled Minds"

Staram się mocno chodzić po ziemi, choć ostatnio wydaje mi się, że miewam halucynacje. A to podczas niedzielnego joggingu w lesie zobaczę cadillaca, który próbuje mnie dogonić i rozjechać, a to, gdy składam litery recenzenckie na suficie dostrzegam gigantycznego słonia. Halucynacją nie jest jednak okładka projektu Bakullarna (ex Baku Llama), na którym można dostrzec stary patefon, siostrę Betty z okładki Helmet oraz dwa indyki, które udają dinozaury. CO TO MA BYĆ?! Amerykańskie trio nagrywa dziwną muzykę, którą ozdabia totalnie fikuśnymi grafikami. Czwarty album projektu w składzie Rick Whitehurst, Kalvin Foster i Bill Noland zatytułowany "Broken Hearts & Troubled Minds" to muzyczne dziwactwo nad dziwactwami. Nie rozumiem tej muzyki i nawet nie będę próbował znaleźć w niej sensu. Kompozycje ocierają się o coś w stylu folka, psychodelii i space rocka, mieszają się też z ambientem i rockiem. Są na poziomie San Marino w piłce nożnej - coś tam gra, ale nie ma w tym sensu i logiki. Brzmienie tragiczne, udawane, na pewno nie z garażu, bardziej ze starej piwnicy. Wokale schowane za mgłą, czasem pachnie amerykańskim country, niekiedy irytuje tanim minimalizmem. Instrumenty wklejone, jak w programie komputerowym na zasadzie "a nuż zagra!". W trzech utworach, tam gdzie gra na gitarze Kalvin Foster, słychać nawet rockowe riffy ("You and Your Troubled Mind", "Walkin' Around all Day", "Realy Worth It?"). W pozostałych chaos, muzyczny wyrzyg i to samo uczucie, gdy budzisz się rano i masz kaca stulecia. Dlaczego musiałem tego słuchać?!

Ocena: 2/10


Konrad Sebastian Morawski

 

1 komentarz:

  1. Great Review of Bakullama! It's so fucking weird it's fantastic.

    OdpowiedzUsuń