piątek, 18 kwietnia 2025

Riverside "Live ID." (recenzja)

Muzycy wydają albumy koncertowe kierując się rozmaitymi motywacjami. Zdarza się, że wpisują się w doniosłą sytuację polityczną, jak w widowisku "The Wall - Live in Berlin" nagranym w 1990 roku pod egidą Rogera Watersa, a czasem nagranie koncertowe okazuje się dziełem sztuki audio lub audiowizualnej, co w najnowszej historii muzyki popełniła norweska formacja Ulver rejestrując na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku legendarny in vita materiał "The Norwegian National Opera". Muzycy często też uzupełniają swoją dyskografię dokumentując któryś z koncertów w ramach trasy promującej ostatni album studyjny.

My, słuchacze, niekiedy utożsamiamy się z ich koncertami, czasami poznajemy nowe wersje znanych nam utworów ze studia, ale zdarza się, że obok wydawnictw koncertowych przechodzimy z obojętnością. Jak będzie w przypadku czwartego już albumu koncertowego Riverside pt. "Live ID."?

Nagranie pochodzi z koncertu, który odbył się na warszawskim Torwarze 1 czerwca 2024 roku. W secie giga zagranego w ramach trasy ID.Entity znalazło się dwanaście utworów, spośród których większą część stanowią kawałki ze wspominanej płyty "ID.Entity". Łącznie muzycy Riverside zagrali sześć numerów z tego albumu, wyłączając z seta jedynie "I’m Done With You". Ponadto usłyszymy tu kompozycje z czterech innych albumów grupy, tj. "Second Life Syndrome" ("Conceiving You"), "Rapid Eye Movement" ("Panic Room"), "Anno Domini High Definition" ("Left Out" i "Egoist Hedonist") oraz "Love, Fear and the Time Machine" ("#Addicted" i "Lost"). Można by więc, tradycyjnie przy tego typu wydawnictwach, pomarudzić w stylu:

dlaczego nie ma nic z debiutu?
dlaczego przekrojowo nie zagrano przynajmniej jednego utworu z każdego albumu?
dlaczego warszawski Torwar, a nie 02 Ritz w Manchesterze?


Takie pytania zawsze się pojawiały, pojawiają i będą pojawiać, bo taka jest natura materiałów koncertowych. Trudno też będzie uwolnić się od porównań z przeszłością, szczególnie jeśli ktoś obserwował Riverside na początku kariery oraz widział koncerty zespołu w różnych momentach jego istnienia. Kapela zdołała wyrobić sobie międzynarodową markę, dlatego każde wydawnictwo sygnowane nazwą Riverside musi dziś wywoływać emocje i generować oczekiwania. Tak było w przypadku "Live ID." w momencie, gdy usłyszeliśmy, że grupa planuje wydawnictwo koncertowe. Emocji znalazło tu się dużo i różne były ich kolory (odsyłam do tendencyjnych pytań), ale myślę, że oczekiwania zostały w pełni zaspokojone, ponieważ "Live ID." to świetne wydawnictwo.

Przede wszystkim charakteryzuje się mocnym, wyrazistym brzmieniem. Nie zawsze koncertówki brzmią, nawet tych najlepiej zarabiających zespołów, dlatego też jakość dźwięku "Live ID." wydaje się zachwycająca. Podchodziłem do tego albumu zarówno w warstwie audio/wideo, jak również słuchając koncertu z płyt na słuchawkach. Niekiedy miałem wrażenie, szczególnie w tym drugim przypadku, że to materiał zarejestrowany w studio. Inżynierowie dźwięku spisali się fenomenalnie. Natomiast w kwestii wizualnej największe widowiska jeszcze przed Riverside.

Sam zespół - tu wracamy do sentymentów - na początku wieku ogrywał swoje kawałki w schemacie: jeden do jednego. Wracaliśmy ze znajomymi z koncertów i mówiliśmy: "Rewelacja, ale za mało popisów, kawałki brzmią często jak ze studia". Jednak im dłużej Riverside jest na scenie, tym częściej pozwala sobie na improwizacje, niekiedy absolutnie porywające, jak w "Landmine Blast", "Friend or Foe?" (popis Michała Łapaja), czy przy samym zamknięciu w "Conceiving You". Na tym też polega wartość "Live ID.", że muzycy Riverside tchnęli nowe życie w kawałki, które już znamy, zresztą tak jak zrobili to chwilę temu choćby w Tilburgu z utworem "The Same River".

Zmieniają się też oni sami. Daje się zauważyć niepisany podział ról. Piotr Kozieradzki i Maciej Meller trzymają w ryzach instrumentalny rdzeń poszczególnych kompozycji, niejako pilnując, aby za bardzo nie odstawały od oryginału, a pokusy są ogromne, bo Mariusz Duda i Michał Łapaj wnoszą do kolejnych utworów pierwiastki geniuszu i pozytywnego szaleństwa. Zresztą, z której strony by nie patrzeć, to Michał Łapaj wchodzi w rolę głównego bohatera ostatnich nagrań Riverside. Jego partie klawiszowe i seria efektów, którymi czaruje słuchaczy, nie mogą przejść niezauważone. To swoją drogą też fajny, uśmiechnięty człowiek, od którego emanuje dużo pozytywnej energii. Czarodziej instrumentów klawiszowych, które tak bardzo uszlachetniają twórczość Riverside.

Dla równowagi trochę w rolę Lorda Vadera wcielał się dawniej Mariusz Duda, który na koncertach sprawiał wrażenie jakby śpiewał i grał otoczony murem. Dziś, o czym dobitnie świadczy "Live ID.", jego komunikacja z publicznością postępuje. Zresztą nie chodzi mi tylko o ten album, ale też o serię innych koncertów zagranych przez grupę na dystansie ostatnich lat. Ten pioruńsko zdolny artysta, mający już tak dużo w dorobku, sprawia wrażenie jakby przełamywał swoje własne bariery w kontaktach ze zgromadzoną widownią, która czasem potrzebuje jego uwagi bardziej, niż powietrza. Dialogi prowadzone z publicznością w "Left Out", czy w ostatniej części koncertu potwierdzają wyjątkowy charakter Dudy. Silna osobowość, wyśmienity twórca.

W zawartości "Live ID." publiczność też dała radę. Słychać na Torwarze nieprzypadkowe osoby, ludzi, którzy czują muzykę Riverside. Całość więc zamyka się w samych pozytywach. Co więc zapamiętamy z tego wydawnictwa? Riverside to jest jakość. Kapela, która w swojej dyskografii nie ma słabych albumów, dokłada też wszelkich starań, aby jej koncerty wyprzedzały możliwości technologiczne swoich czasów. Album "Live ID." nie jest więc uzupełnieniem dyskografii, ale kolejnym fragmentem tego wielkiego muzycznego dziedzictwa, które budują muzycy Riverside. Równocześnie wydaje mi się, że najlepszy koncert zespołu jeszcze się nie odbył. To widowisko dopiero przed nami. Tymczasem zakładam słuchawki i powracam na warszawski Torwar do Riverside.

Ocena: 8/10


_MEMOpozmroku
 

Skład: Mariusz Duda (b, w), Michał Łapaj (ik, w), Maciej Meller (g), Piotr Kozieradzki (p)

Tracklista:
 
CD1
1. #Addicted
2. Panic Room
3. Landmine Blast
4. Big Tech Brother
5. Lost
6. Left Out

CD2
1. Post-Truth
2. The Place Where I Belong
3. Egoist Hedonist
4. Friend or Foe
5. Self-Aware
6. Conceiving You

Produkcja:
Paul Green Productions

Dystrybucja:
Inside Out Music

Kraj:
Polska

Rok wydania:
2025 

Gatunek: Rock Progresywny, Metal Progresywny


Podsumowując: "Riverside to jest jakość. Kapela, która w swojej dyskografii nie ma słabych albumów, dokłada też wszelkich starań, aby jej koncerty wyprzedzały możliwości technologiczne swoich czasów"

Konrad Sebastian Morawski


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz