niedziela, 25 maja 2025

Na skróty PO ZMROKU, część 6: Somewhere, Lux Terminus, Staraya Derevnya

W kolejnej części skrótów po zmroku docieramy na trzy kontynenty. Zaczynamy od Europy i szwedzkiego zespołu Somewhere, który chyba zbyt długo czekał z debiutem zatytułowanym "Bridges". Następnie przenosimy się do Ameryki Północnej, ściślej do Cleveland, gdzie kapela Lux Terminus udowadnia na swoim krążku "Cinder", że metal progresywny ma się naprawdę dobrze. Na koniec wędrujmy do Azji. W izraelskiej Hajfie swoje korzenie ma jeden z najdziwniejszych zespołów na świecie - Staraya Derevnya, którego nowy album pt. "Garden Window Escape" tylko te dziwactwa pogłębia. 

Somewhere "Bridges"

Debiut Alert. Szwedzka kapela Somewhere powstała już w 2008 roku, ale na swój duży debiut czekała do 2025 roku. Długo, może zbyt długo? Pięć kompozycji tworzących album pt. "Bridges" wzbudza precyzyjne skojarzenia z nowym rockiem progresywnym spod znaku Marillion. Pomimo, że Szwedzi przyznają się raczej do zainteresowania twórczością takich gigantów jak King Crimson, Emerson, Lake & Palmer i Genesis, to więcej tu neo prog rocka, aniżeli klasyków rocka progresywnego. Najdłuższa na krążku kompozycja, "Gomorrah Never Knows", zabiera do przeszło jedenastominutowej podróży po świecie ciepłych dźwięków i dłużących się przestrzeni instrumentalnych. Somewhere gra niekiedy leniwie, nieco wręcz usypiająco, ożywiając tanie stereotypy, że w prog rocku nic się nie dzieje. W pozostałych utworach - o wiele krótszych - grupa nie nabiera bardziej wyraźnych kolorów. Podobać mogą się niektóre zagrywki gitarowe ("Lullaby for The Common Man", "Emberland", "Coterie"), ale wokalowi zdecydowanie brakuje siły, a pozostała sekcja instrumentalna kilkukrotnie zasnęła nad nutami. W każdym razie ważnym momentem albumu jest utwór "Emberland", w którym muzycy Somewhere zbudowali tajemniczą atmosferę, pozwalając też sobie na nieco improwizacji. Nie wyciąga z letargu, ale brzmi fajnie. Na finał "Coterie", czyli najbardziej dynamiczna próbka Szwedów. Utwór szybki, oparty na rockowej sekcji instrumentalnej, pozbawiony sekcji wokalnej, ale mówiący chyba więcej, niż pozostałe kawałki Somewhere. W sumie "Bridges" często brzmi archaicznie, tak jakby te utwory zostały napisane kilkadziesiąt lat temu w piwnicy, ale nikt ich nie opublikował, bo wtedy też tworzono lepszą muzykę. Czy dziś ten krążek ma szansę przebić się do masowej świadomości? Wątpię. Niczym się nie wyróżnia, zbyt często zanudza, pozostawia obojętnym. 

Ocena: 5/10

Lux Terminus "Cinder"

Drugi krążek wywodzącego się z Cleveland zespołu Lux Terminus pt. "Cinder" to fantastyczna dawka nowoczesnego metalu progresywnego. Instrumentalne trio w składzie Vikram A. Shankar (ik), Brian Craft (b) i Matthew Kerschner (p) nie tylko tworzy zdecydowane, wirtuozerskie utwory, ale i po prostu bawi się muzyką. Wystarczy obejrzeć któryś z klipów Lux Terminus, aby uświadomić sobie ileż dobrej chemii panuje w składzie zespołu, którego głównym orężem są gitara, klawisze i perkusja. Poszczególne utwory tworzące album "Cinder" charakteryzuje dopracowane, wyraziste brzmienie. W muzyce zespołu daje się odczuć wpływy Dream Theater ze swojego najlepszego okresu, choćby w rewelacyjnej improwizacji w utworze "Mosaic Mind", czy też generalnie ducha Animals as Leaders, ale Lux Terminus przede wszystkim buduje własną tożsamość. Niektóre patenty wykorzystane w albumie "Cinder" to znak handlowy zespołu z Cleveland, szczególnie na poziomie klawiszowych improwizacji i solówek Vikrama A. Shankara, który swoje opus magnum na "Cinder" zaliczył w utworze "The Devil's Eyes". W kolekcji dziesięciu utworów szczególnie wyróżnia się zagrana w trzech częściach "Jupiter" ("Starless", "To Bend a Comet", "Perihelion"), będąca dosłownie odlotem w kosmos. Kapitalne trio tworzy tu soczyście brzmiącą, wielowątkową strukturę, w której znalazło się pełno zwrotów i wpadających w ucho zagrywek. Rewelacyjnie brzmią nowoczesne melodie, a bogata paleta efektów uzupełnia absorbujący klimat. Jesteśmy w przestrzeni. Jesteśmy w muzyce Lux Terminus. Świetnie wypadają też basowo-perkusyjne dialogi Briana Crafta i Matthew Kerschnera w utworze "P.L.O.N.K." z fragmentami undergroundowej melodii w tle, a wycieczką na inną planetę okazuje się tajemnicza, uduchowiona kompozycja "Natsukashii", zaś prawdziwym majstersztykiem tego, co potrafi Lux Terminus jest utwór "Catalyst", na którym zresztą zagrali i zaśpiewali wspaniali w swoim fachu Ross Jennings, Jørgen Munkeby i Jon Pyres. Odnajdziecie tu jednak znacznie więcej. Osobiście uwielbiam klimat tego albumu. Uwielbiam jego szybkie tempo, jego zadziorność i przekraczanie muzycznych granic. Uwielbiam jego głębię. Nie potrafią powiedzieć czy na dłuższą metę Lux Terminus nie przydałoby się trochę głosu, ale na razie wystarczą fantastyczne instrumenty. Czy oto przeżyliśmy właśnie renesans metalu progresywnego?

Ocena: 9/10

Staraya Derevnya  "Garden Window Escape"

Jeżeli wydaje wam się, że w swoim życiu słyszeliście już wszystko, to macie rację: wydaje wam się. Mocno polecam zmierzyć swój gust muzyczny z twórczością zespołu Staraya Derevnya, którego nazwa zabiera nas do jednej z linii metra w Sankt Petersburgu. Staraya Derevnya to jednak zespół z korzeniami w Izraelu, tam powstał w 1994 roku, choć dziś jego twórcy mieszkają w Londynie. Sieć pozwala tej muzyce wypłynąć na szerokie wody. Jeśli już więc wcześniej słyszeliście twórczość Staraya Derevnya to szok będzie mniejszy, zaś jeśli album "Garden Window Escape", szósty duży krążek w dyskografii zespołu, jest waszym pierwszym w zetknięciu z tą muzyką to szok będzie większy. W sumie to siedem utworów, które można by określić psychodelią z elementami folku, krautrocka, instrumentalnych improwizacji i ludowego vibe'u. Trzeba wykazać się wyjątkową ekwilibrystyką słowną, aby chociaż próbować zdefiniować muzykę zespołu Staraya Derevnya. Na krążku "Garden Window Escape" wydaje się ona ulepiona z różnych faktur. Przeraża i przejmuje. Jestem przekonany, że mogłaby być narzędziem tortury dla tzw. cywilizowanego, zachodniego świata. Trudne, mroczne instrumentalizacje łączą się ze szczątkowymi partiami wokalnymi. Brzmi jak u Lyncha, przejmująco i tajemniczo, na gruzach poranionej elektroniki. W sumie w siedmiu utworach tworzących "Garden Window Escape" usłyszymy wiele nietypowych instrumentów, których nazwy nawet nie podejmuje się określić, a partie wokalne brzmią w językach rusko-słowiańskich. Całość oprawiona w ramy ascezy, minimalistyczna, jakby właśnie wydobyła się spod ziemi. Warto sprawdzić klipy do niektórych utworów z tego albumu ("What I Keep In My Closet", "Virtue Of Standing Still", "Myshhh"), aby zrozumieć jaką wielką niewiadomą jest Staraya Derevnya. 

 Ocena: 8/10


Konrad Sebastian Morawski


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz