sobota, 14 stycznia 2023

Kalle Wallner "Voices" (recenzja)

W dyskografii Kalle Wallnera znajduje się dużo powyżej 100 albumów. Przynajmniej do tylu przyznaje się ten niemiecki gitarzysta, producent i kompozytor, którego powinniśmy znać przede wszystkim z nagrań w RPWL i Blind Ego. Fakt jest taki, że ceniony w Niemczech twórca nie odmawiał nagrań z takimi kapelami jak Sylvan, Apollon’s Smile, Kohler & Schnute, czy... FC Tirol. Na oficjalnej stronie internetowej artysty można znaleźć pełną selekcję jego muzycznego dziedzictwa, począwszy od 1992 roku, również i tego, na które składają się dość - aby użyć eufemizmu - niecodzienne kolaboracje. Jakkolwiek by nie było, wreszcie po latach różnych projektów, Kalle Wallner zdecydował się na album solowy. Jego tytuł brzmi "Voices".

Materiał składa się z siedmiu utworów rozpisanych na niecałe pięćdziesiąt minut muzyki. Jest to muzyka przede wszystkim gitarowa, oparta na wyrazistym rockowym brzmieniu, w niektórych częściach porozciągana w progresywnym stylu i nieodporna na liczne urozmaicenia, głównie elektronikę. Na krążku, oprócz głównego bohatera, występuje znany w prog rockowym środowisku, niedoszły perkusista Dream Theater Marco Minnemann, a także kolega Wallnera z RPWL Yogi Lang, którego na "Voices" nie usłyszymy jeśli chodzi o partie wokalne, ale przygotował część sekcji klawiszowej i efektów. Ponadto w dwóch utworach zaśpiewają znany z Subsignal Arno Menses ("Three") i małżonka Wallnera Tanyc ("Six").
 
Na krążku nie brakuje zaskoczeń, bo otwarcie albumu w utworze "One" brzmi trochę tak jakby w jego pisaniu brał udział Jean Michel Jarre. Naprzeciw kosmicznemu elektronicznemu efektowi nadciągają jednak hard rockowe gitary Kalle Wallnera. Będą one teraz tworzyć osobliwy dialog instrumentalny, zderzenie dwóch światów i dwóch różnych wrażliwości. Taka też jest płyta "Voices". Pełno w niej gitarowych improwizacji, wypuszczeń i solówek głównego autora płyty, ale też sporo elektroniki. Jeszcze na dystansie utworu "One" zimne jak lód komputerowe dźwięki będą dawały o sobie znać. Rezultat w zestawieniu z gitarowymi pazurami Wallnera robi wrażenie, choć początkowo może wprowadzać w konsternację. W dalszej części płyty podobnych rockowo-elektronicznych połączeń odnajdziemy więcej.

W utworze "Two" Kalle Wallner prezentuje szeroki zestaw gitarowych improwizacji. Skala jego inspiracji wydaje się tu bardzo szeroka - od ostrych hard rockowych zagrywek, poprzez właściwe niemieckiemu artyście wirtuozerskie improwizacje, ku nośnym i chwytliwym partiom. Kompozycja wydaje się może nieco przeciągnięta, choć fanom gitary nie powinno to przeszkadzać. Schemat krążka po raz pierwszy zostaje złamany na dystansie trzeciego utworu ("Three"). Nie chodzi tylko o charakterystyczne partie wokalne Arno Mensesa, ale sam numer okazuje się bardziej zwarty, niż wszystkie inne na krążku. Niekoniecznie dobry na singla, choć taką zresztą pełnił funkcję przed premierą, reklamuje możliwości gitarowe Wallnera, prezentując w końcowej fazie świetne gitarowe solo. Kompozycja nieźle wpisuje się w standardy zachodnioeuropejskiej sceny rocka progresywnego, ale osoby, które kupiły "Voices" pod wpływem tego numeru mogą poczuć się nieco zdziwione, że pozostała część płyty, pomijając szósty utwór, jest instrumentalna.

Dwa kolejne utwory "Four" i "Five" przywracają pomysły zasygnalizowane w pierwszej fazie albumu. Numer "Four" opiera się na charakterystycznym brudnym motywie z mechanicznym wstawkami i wijącą się gitarą Wallnera, a "Five" sprawnie przechodzi od hard rockowego rdzenia do progresywnych pejzaży. Tymczasem kompozycja "Six" łączy charakterystyczne dla tej płyty efekty z gitarowym tornado. Wallner w tle elektronicznego motywu rozkręca się powoli, aby w pewnym momencie zasypać słuchacza serią rockowych riffów, następnie powrócić do łagodniejszych przestrzeni. Po tym kilkuminutowym ping-pongu pomiędzy gitarą a elektroniką odzywa się wcześniej wspomniana Tanyc, której wokalizy zdecydowanie ubarwiają wymowę utworu. W przeszło dziewięciu minutach "Six" często zmienia swoje oblicze, eksponując raczej romantyczną stronę natury Wallnera, aniżeli jego zadziorność. Całość w spójny i logiczny sposób łączą charakterystyczne motywy gitarowe i elektroniczne, tworząc w rezultacie przemyślaną strukturę.

Najbardziej rozbudowanym utworem na płycie "Voices" jest "Seven. Out". To przeszło jedenaście minut niewymuszonej konwersacji dwóch światów - gitarowego brzmienia i elektroniki. Można by kompozycję nazwać niezłym podsumowaniem całej zawartości albumu, ale w rezultacie jest ona suwerennym, nieschematycznym tworem. Domyślam się, że fani gitary odnajdą tu całe mnóstwo doskonałych przeżyć, a i entuzjaści rocka progresywnego ze względu na efektownie przełamaną strukturę kompozycji poczują się tu nieźle. W sumie jest tak z całym albumem "Voices". Kalle Wallner zarejestrował materiał podpisany wyłącznie swoim imieniem i nazwiskiem. Jest to więc coś bardzo osobistego. Muzyka, która dostarczy wielu miłych przeżyć, bo taki as jaki jest Kalle Wallner przyzwyczaił do wydawania solidnej muzyki.

Ocena: 8/10

Kalle Wallner i głosy.

O albumie w skrócie...


Skład: Kalle Wallner (b, ik, g, inne), a także Marco Minnemann (p), Arno Menses (w), Tanyc (w), Yogi Lang (ik, inne)
 
Tracklista:
1. One
2. Two
3. Three
4. Four
5. Five
6. Six
7. Seven. Out

Rok wydania:
2022
     
 
Kraj:
Niemcy

Produkcja:
Kalle Wallner

Dystrybucja:
Gentle Art Of Music

Gatunek:
Rock Progresywny, Elektronika


 
Podsumowując: "Jest to muzyka przede wszystkim gitarowa, oparta na wyrazistym rockowym brzmieniu, w niektórych częściach porozciągana w progresywnym stylu i nieodporna na liczne urozmaicenia, głównie elektronikę"

Konrad Sebastian Morawski
 
*Polub Progresję Po Zmroku na facebooku i bądź na bieżąco z aktualnymi recenzjami.
*Możesz też zajrzeć na instagrama Progresji Po Zmroku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz