piątek, 17 kwietnia 2026

Na skróty PO ZMROKU, część 7: Telegraph, Spirergy, Floating Nest

W nowej części skrótów po zmroku, czyli szybkiego omówienia najważniejszych albumów ostatnich tygodni, zapraszam do Izraela, Wielkiej Brytanii oraz Hiszpanii. Dzisiejsze zestawienie to konfrontacja trzech różnych podejść do progresywnej materii. Sprawdzimy, jak Telegraph po ośmioletniej przerwie radzi sobie z topografią umysłu i czy powrót do korzeni space rocka wciąż potrafi hipnotyzować. Zderzymy się z ambicjami Dave’a Allena, który w projekcie Spirergy testuje cierpliwość słuchacza, balansując na krawędzi piękna i przesytu. Na koniec przyjrzymy się hiszpańskiemu debiutowi Floating Nest – płycie, która udowadnia, że w rocku progresywnym wciąż jest miejsce na nową, potężną energię i wokalną charyzmę, która rzuca na kolana.
 
Telegraph "Topography Of Mind"

Drugi duży album izraelskiej formacji Telegraph, wydany po ośmiu latach przerwy, nosi tytuł "Topography Of Mind". Początkowe folkowe tony oraz partie fletu mogą dawać nieco mylne wyobrażenie o stylistyce grupy, choć instrument ten powraca na krążku jeszcze kilkukrotnie. Jednak już po paru minutach otwierającego utworu zespół pewnie wchodzi w charakterystyczne dla siebie psychodeliczne i space rockowe rejony. Na płytę składają się łącznie cztery rozbudowane kompozycje, z których każda wyraźnie przekracza dziesięć minut, co pozwala muzykom na pełne rozwinięcie skrzydeł. Muzyka Telegraph charakteryzuje się wyjątkowo przestrzennym brzmieniem, podatnym na długie gitarowe improwizacje. Fantastycznie wypadają liczne pejzaże instrumentalne – atmosferyczne tła, celowe spowolnienia oraz efekt kosmicznego zawieszenia. Takie muzyczne panoramy są potężnym atutem "Topography Of Mind". Trwają długo, brzmią kwaśno i psychodelicznie, a niekiedy wręcz melancholijnie, pozwalając słuchaczowi złapać dystans do otaczającego świata. Stanowią one idealny kontrapunkt dla serii gitarowych popisów. Wszelkie akcenty tego instrumentu, a przede wszystkim solówki Tala Steina Rubinsteina, brzmią magicznie i aż chciałoby się usłyszeć tu jeszcze więcej tak charakterystycznych odjazdów. W kompozycjach obecny jest również wokal, choć Liran Herrnstadt świadomie chowa się za ścianą instrumentów. Jego głos wydaje się dobiegać zza mgły i choć nie pojawia się często, trudno jego obecność przemilczeć. W twórczości Telegraph wyraźnie czuć ducha lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku, ze szczególnym uwzględnieniem brytyjskiej sceny rocka progresywnego oraz space rocka. To album zdecydowanie kontemplacyjny, momentami mroczny i pełen pięknych momentów. W sumie więc uważam, że "Topography Of Mind" powinien na stałe zagościć w odtwarzaczach wielbicieli kwaśnej psychodelii, a o samym zespole zapewne jeszcze nie raz usłyszymy.

Ocena: 8/10

Spirergy "Wherever Forever"

W każdej sekundzie tego materiału czuć ducha klasycznego, angielskiego rocka progresywnego, zaklętego w ponad siedemdziesięciu minutach ciepłego i niezwykle kojącego brzmienia. Dave Allen, prawdziwy muzyczny człowiek-orkiestra, po dwóch latach powraca pod szyldem Spirergy, by po raz kolejny samodzielnie zmierzyć się z partiami wokalnymi oraz bogatym instrumentarium. To granie całkowicie przesiąknięte estetyką soft-prog i sentymentalnymi nawiązaniami do złotych lat sześćdziesiątych oraz siedemdziesiątych, a przede wszystkim wyraźną fascynacją twórczością grupy Yes. Allen nie sili się przy tym na uniwersalność; nie próbuje ukrywać, że jego propozycja jest precyzyjnie wycelowana w konkretne, niszowe grono odbiorców. Choć artysta bez wątpienia potrafi kreować piękno, w przypadku "Wherever Forever" trudno uciec od wrażenia pewnego przesytu – materiału jest tu po prostu za dużo. Gdyby Allen zdecydował się na odważniejsze cięcia i mocniej wyeksponował świetne improwizacje gitarowe oraz instrumentalny oddech w takich kompozycjach jak "When They Came" czy "Carry Me Home", całość zyskałaby znacznie większą siłę rażenia. Szczególnie błyszczą tu fantastyczne patenty elektroniczne, jak choćby w "Falling From The Sky" czy moim osobistym faworycie – utworze "Innocent Hearts", w którym czuć prawdziwy ogień. Niestety, spore fragmenty albumu, a nawet całe utwory – jak choćby zbędny w mojej ocenie "See It In Your Eyes" – wydają się kwalifikować do bezlitosnego montażu. Słychać, że utalentowanemu Allenowi brakuje jeszcze producenckiego szlifu i umiejętności lepszego eksponowania swoich najlepszych pomysłów. Najlepiej oddaje to utwór tytułowy: niepotrzebnie przeciągnięty, stanowiący niemal manifest braku umiaru, który dominuje na krążku. Aby dotrzeć do najcenniejszych pokładów tej muzyki, trzeba najpierw przebić się przez warstwy nazbyt wydłużonych fragmentów rozmywających ostateczny efekt. Jestem przekonany, że koncept zamknięty w czterdziestu minutach byłby dziełem znacznie potężniejszym. Jeśli jednak czujecie się górnikami progresywnego soft-rocka i nie straszna Wam długa szychta, z satysfakcją możecie zacząć kopać w kopalni możliwości, jaką przygotował Dave Allen.

Ocena: 6/10

Floating Nest "Blow Off Steam"

Debiut hiszpańskiej formacji Floating Nest brzmi nad wyraz apetycznie. Siedem utworów rozpisanych na czterdzieści cztery minuty oferuje niezwykle przestrzenną, eteryczną muzykę z wyraźnie wyczuwalną iberyjską tożsamością. Kwartet w składzie: Sara Gaspar, Victor Conde, Matthias Rauch i Quique Villalba, przedstawia się światu jako intrygujący, spowity aurą tajemnicy i specyficznego mroku. Niekwestionowanym filarem albumu jest Sara Gaspar. Jej aksamitny, a zarazem wyrazisty głos potrafi skruszyć niejedno serce. Gaspar nie tylko śpiewa. Ona maluje głosem, wokalizuje i odważnie improwizuje, wykazując się przy tym niespotykaną charyzmą. W swoich partiach jest absolutnie autentyczna i magnetyczna. Muzykę zawartą na "Blow Off Steam" określiłbym mianem rocka progresywnego, który nie boi się śmiałych eksperymentów. Znajdziemy tu sporo nostalgii i melancholii, ale też charakterystyczny dla gatunku pierwiastek buntu. Floating Nest nigdzie się nie spieszy – muzycy celebrują dźwięki, pozwalając im w pełni wybrzmieć. Jednocześnie sekcja rytmiczna i gitary potrafią uderzyć z zaskakującą dynamiką, przywodząc na myśl fuzję improwizacyjnego szaleństwa King Crimson z instrumentalną precyzją Dream Theater. To materiał pełen klimatycznych przestrzeni, wzbogacony filmowymi samplami i prowadzony piękną, niemal oniryczną narracją. Siła zespołu tkwi w nieoczywistych strukturach. Album hipnotyzuje, płynnie przechodząc od zwiewnej lekkości do ciężkich, progmetalowych uderzeń. Jeśli w pierwszym kwartale 2026 roku pojawił się debiut, który ma szansę nie tylko zostać z nami na dłużej, ale i wynieść swoich twórców na szczyty światowej sceny progresywnej, to jest nim właśnie "Blow Off Steam". Floating Nest mają wszystko: warsztat, unikatowy klimat i wokalistkę, o której wkrótce będzie mówił cały muzyczny świat. To nie jest tylko udany początek. Mam nadzieję, że to fundament pod wielką, międzynarodową karierę. Wow!
 
Ocena: 9/10


Konrad Sebastian Morawski
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz