wtorek, 10 marca 2026

Ulver "Neverland" (recenzja)

Wydany ćwierć wieku temu album "Perdition City" grupy Ulver był ścieżką dźwiękową do nieistniejącego miasta. Materiał ten wstrząsnął mną tak głęboko, że do dziś stanowi część mojej tożsamości. Dziś Ulver powraca do tego dziedzictwa krążkiem zatytułowanym "Neverland". Tym razem jednak, zamiast portretować nieistniejący świat, muzycy tworzą ścieżkę do wnętrza człowieka poszukującego własnego JA. Na "Neverland" zespół brzmi inspirująco i magnetycznie, porzucając ostatnio proponowaną piosenkową formę na rzecz elektronicznego transu. Ambient przenika się tu z motywami rodem z thrillerów, sprawiając, że muzyka przestaje być tylko dźwiękiem. Staje się lustrem duszy słuchacza. Twojej duszy, Ty, który czytasz te słowa.

Pierwsze dźwięki albumu w utworze "Fear in a Handful of Dust" stanowią zaproszenie do świata ambientu, o którym zdążyliśmy już zapomnieć. To przestrzeń nasycona naturą, a jednocześnie mroczna i niepokojąca, niemal w duchu Davida Lyncha. Elektroniczne "bumerangi" i gęste płaszczyzny dźwięku budują absolutnie magnetyczny klimat. W tym dźwiękowym uniwersum czuć przedziwny kontrast: z jednej strony statyczność, z drugiej pośpiech cywilizacji, która pędzi nie wiadomo dokąd. Następnie "Elephant Trunk". Krótkie frazy tego utworu brzmią niczym muzyczna zapowiedź prozy Lovecrafta. Ulver świadomie eksploruje tu mrok. Utwór stopniowo pęcznieje, nabiera wibracji, a elektroniczne pasaże budzą echa kultowego "Hallways Of Always". To wielka, syntezatorowa podróż w głąb norweskiej duszy. Zespół wraca do estetyki, którą zdawał się pogrzebać krótko po premierze swojego opus magnum, odmienianego w tym tekście przez przypadki "Perdition City".

czwartek, 26 lutego 2026

Karnivool "In Verses" (recenzja)

Jaka pogoda panuje dziś w Australii? Wygląda, że wraz z deszczem odradzają się legendy, o których świat zdążył już nieco zapomnieć. Po trzynastu latach milczenia, prosto z Perth, powraca Karnivool ze swoim czwartym albumem studyjnym "In Verses". Choć skład pozostał niezmienny, trudno uwierzyć, że formacja, która po wydaniu "Asymmetry" w 2013 roku pędziła jak taran, nagle tak mocno wyhamowała. Trzynaście lat oczekiwania przeliczono na 63 minuty muzyki i 10 utworów. To celebracja metalu progresywnego w jego najbardziej pojemnej formie. Płyta jest gęsta od refleksji nad upływem czasu i kondycją człowieka w dobie cyfrowego chaosu, gdzie uporządkowane media rozpuściły się w informacyjnym szumie. Czuć tu niepokój i aurę ostateczności, idealnie korespondującą z oprawą graficzną.

Karnivool mistrzowsko operuje kontrastem. W "Ghost" potężny, niski groove i drapieżne gitary ścierają się z przestrzennymi, niemal eterycznymi pasażami. Zespół stawia na kompozycje długie i wielowarstwowe. Wyjątkiem są jedynie "Drone" i "Animation", które zamykają się w pięciu minutach. Kluczem do zrozumienia tego albumu jest polirytmika. W utworze "Aozora" dzieje się tak wiele, że trudno o wspólny mianownik, a jednak "In Verses" zachowuje zadziwiającą spójność. To opowieść w klimacie post-apo. Dźwiękowy obraz świata przeciążonego danymi, który zapada się pod własnym ciężarem.

środa, 25 lutego 2026

Soen "Reliance" (recenzja)

Kto pamięta czasy debiutu Soen w 2012 roku, gdy wywodząca się ze Szwecji kapela wydała album zatytułowany "Cognitive"? Najlepszą stymulacją wspomnień jest z pewnością Maynard James Keenan, bo już w pierwszych słowach debiutanckiego albumu Soen wydawało się, że okryty legendą frontman Tool prezentuje się w swoim kolejnym alternatywnym projekcie. Tymczasem na "Cognitive" śpiewał Joel Ekelöf, którego wokal zdradza pewne podobieństwa do Maynarda. Dziś wydaje mi się jednak, że skojarzenia na linii Soen - Tool były determinowane tęsknotą za amerykańską kapelą. Tym bardziej, że Soen w lirycznej warstwie swojej twórczości poruszał te same kognitywistyczne tematy, jakie stały się osią twórczości Tool. 

Czas nieuchronnie odliczył kolejne lata. Tool wydał kolejną płytę w 2019 roku, a Soen podążył swoją drogą, w zasadzie odcinając się od pierwotnych skojarzeń, choć konceptualnie zespół wciąż zajmuje się kognitywistyką w filozoficznym wydaniu. Najlepszym tego przykładem jest nowy album kapeli zatytułowany "Reliance".

poniedziałek, 9 czerwca 2025

Messa "The Spin" (recenzja)

Kilka tygodni temu w krótkiej recenzji wspominałem o tegorocznym albumie włoskiej kapeli Messa pt. "The Spin". Zdążyłem wówczas napisać, że to piękne dzieło, ale nie przypuszczałem, że będzie mi towarzyszyć w kolejnych dniach. Aż do dzisiaj, pewnie też jutro i pojutrze. Może już na zawsze? 

Nie może być więc inaczej - ten krążek zasługuje, aby przyjrzeć mu się dokładniej, wzmocnić przekaz o jego wielkości. O tej metalowej melancholii. O strachu, nostalgii i popiołach. Jeśli nie wiecie w jaki sposób może brzmieć wokal, który określiłbym jako papieros wypalany w tunelu tego bardzo deszczowego dnia, to posłuchajcie Sary Bianchin. Staje się ona dzięki albumowi "The Spin" czarnym łabędziem sceny metalowej. Wywodzący się z Włoch zespół Messa też zasługuje, aby zrobiło się o nim głośniej. Przeszło dekada twórczości i trzy duże płyty zbudowały tożsamość grupy, której najbardziej pełny kształt otrzymujemy na krążku "The Spin". To wielkie dzieło, które ma szansę wyznaczyć kanony gatunku. Jest mszą w stylu noir. Narracją uczuć, które skrywamy gdzieś głęboko w środku samego siebie.

sobota, 7 czerwca 2025

Katatonia "Nightmares as Extensions of the Waking State" (recenzja)

Jonas Renkse zadaje pytania. Czy dobrze spałeś? Czy nie dręczą Cię koszmary? Kto dziś nawiedził Cię w Twoim śnie?

Mrok zawsze podążał za Katatonią. Tak już będzie. Album "Nightmares as Extensions of the Waking State" to właściwa zespołowi atmosferyczna celebracja mroku, którą budują melancholijne melodie i ostre metalowe partie instrumentalne. Narratorem mroku pozostaje Jonas Renkse, ale w porównaniu do ostatniego albumu, wydanego przed dwoma laty "Sky Void Of Stars", sekcja gitarowa zespołu została zdemolowana. Pożegnali się z nim współtwórca Katatonii Anders Nyström i grający w grupie prawie dekadę Roger Öjersson, a ich miejsce zajęli Nico Elgstrand i Sebastian Svalland. Te zmiany nie mają jednak wyraźnego wpływu na styl zespołu. Tożsamość Katatonii nie uległa zmianie. Rzekłbym raczej, że Katatonia weszła w stan onirycznego renesansu swojej twórczości. Zmiany były jej potrzebne, aby nagrać album tak dobry, jakim jest "Nightmares as Extensions of the Waking State".

Dzieło o najdłuższym w dziejach zespołu tytule zawiera łącznie dziesięć kompozycji. Katatonia w swoim stylu balansuje tu pomiędzy art rockową wrażliwością i ciężką jak diabli sekcją instrumentalną. Grupa pozwala jednak sobie na więcej improwizacji, niż bywało to w ostatnim czasie. W utworze "Thrice" zachwyca instrumentalny finał, niczym burza metalowych riffów i partii perkusji, a w "The Liquid Eye" kilkoma magicznymi patentami gitarowymi słuchaczom przedstawili się nowi gitarzyści, zmywając żałobne wspomnienia przede wszystkim o Andersie Nyströmie. Katatonia na swoim nowym albumie otwiera się na dostrzegalne wycieczki w kierunku swobodnych rockowych zagrywek ("Lilac", "The Light Which I Bleed"), ale nie traci na tym swojego charakteru. Często w swoim starym stylu buduje napięcie, które ostatecznie dociera do zenitu pod postacią dynamicznej sekcji gitarowo-perkusyjnej i mocnych partii wokalnych ("Warden", "Temporal").