Wydany ćwierć wieku temu album "Perdition City" grupy Ulver był ścieżką dźwiękową do nieistniejącego miasta. Materiał ten wstrząsnął mną tak głęboko, że do dziś stanowi część mojej tożsamości. Dziś Ulver powraca do tego dziedzictwa krążkiem zatytułowanym "Neverland". Tym razem jednak, zamiast portretować nieistniejący świat, muzycy tworzą ścieżkę do wnętrza człowieka poszukującego własnego JA. Na "Neverland" zespół brzmi inspirująco i magnetycznie, porzucając ostatnio proponowaną piosenkową formę na rzecz elektronicznego transu. Ambient przenika się tu z motywami rodem z thrillerów, sprawiając, że muzyka przestaje być tylko dźwiękiem. Staje się lustrem duszy słuchacza. Twojej duszy, Ty, który czytasz te słowa.
Pierwsze dźwięki albumu w utworze "Fear in a Handful of Dust" stanowią zaproszenie do świata ambientu, o którym zdążyliśmy już zapomnieć. To przestrzeń nasycona naturą, a jednocześnie mroczna i niepokojąca, niemal w duchu Davida Lyncha. Elektroniczne "bumerangi" i gęste płaszczyzny dźwięku budują absolutnie magnetyczny klimat. W tym dźwiękowym uniwersum czuć przedziwny kontrast: z jednej strony statyczność, z drugiej pośpiech cywilizacji, która pędzi nie wiadomo dokąd. Następnie "Elephant Trunk". Krótkie frazy tego utworu brzmią niczym muzyczna zapowiedź prozy Lovecrafta. Ulver świadomie eksploruje tu mrok. Utwór stopniowo pęcznieje, nabiera wibracji, a elektroniczne pasaże budzą echa kultowego "Hallways Of Always". To wielka, syntezatorowa podróż w głąb norweskiej duszy. Zespół wraca do estetyki, którą zdawał się pogrzebać krótko po premierze swojego opus magnum, odmienianego w tym tekście przez przypadki "Perdition City".
Pierwsze dźwięki albumu w utworze "Fear in a Handful of Dust" stanowią zaproszenie do świata ambientu, o którym zdążyliśmy już zapomnieć. To przestrzeń nasycona naturą, a jednocześnie mroczna i niepokojąca, niemal w duchu Davida Lyncha. Elektroniczne "bumerangi" i gęste płaszczyzny dźwięku budują absolutnie magnetyczny klimat. W tym dźwiękowym uniwersum czuć przedziwny kontrast: z jednej strony statyczność, z drugiej pośpiech cywilizacji, która pędzi nie wiadomo dokąd. Następnie "Elephant Trunk". Krótkie frazy tego utworu brzmią niczym muzyczna zapowiedź prozy Lovecrafta. Ulver świadomie eksploruje tu mrok. Utwór stopniowo pęcznieje, nabiera wibracji, a elektroniczne pasaże budzą echa kultowego "Hallways Of Always". To wielka, syntezatorowa podróż w głąb norweskiej duszy. Zespół wraca do estetyki, którą zdawał się pogrzebać krótko po premierze swojego opus magnum, odmienianego w tym tekście przez przypadki "Perdition City".




