wtorek, 2 czerwca 2015

Arcturus "Arcturian" (recenzja)

Długo oczekiwany album studyjny Arcturus, nagrywany podobno na przestrzeni ostatnich pięciu lat, wreszcie ujrzał światło dzienne. Nietrudno przy tym zauważyć, że dzieło zatytułowane "Arcturian" zostało wydane w dobrym momencie, ponieważ dziś metalowa awangarda znajduje się w wyjątkowej kondycji. Ledwo kilka miesięcy temu duet Solefald zarejestrował opus magnum w swej muzycznej egzystencji, a oto teraz Arcturus powrócił z albumem, o którym trudno będzie kiedykolwiek zapomnieć. Pensjonaty z pokojami bez klamek stoją otworem, czas zastanawia się czy nie zmienić biegnącego kierunku, a "Arcturian" zbiera swoje mroczne i wizjonerskie żniwo.

Na piątym studyjnym albumie Arcturus, logicznie ujmując następcy "Sideshow Symphonies" z 2005 roku, znalazło się dziesięć kompozycji. Nie brakuje im ani mroku, ani wizji, a wszelkie budzące wątpliwości kwestie związane z reinkarnacją kapeli w 2011 roku i zmianami w jej składzie przestały być aktualne. Wyłączając najmniej zasłużonego w towarzystwie Tore Morena album został zarejestrowany przez ten sam skład (...i nie tylko), który przed dekadą stworzył wspominany wcześniej krążek. Jednak dosyć wyliczania tych detali i zaglądania w przeszłość, "chcę się wydostać z tego samolotu!", drze się na wstępie ICS Vortex dając sygnał do rozpoczęcia opętańczego muzycznego rytuału, który ma na imię "Arcturian". Rytuału umożliwiającego rozpoznanie tożsamości norweskich twórców już po kilku pierwszych zagranych dźwiękach i wypowiedzianych słowach. Arcturus pamięta bowiem o swoim dziedzictwie muzycznym, oferuje takie niepodważalne standardy dotąd zaprezentowanej twórczości jak kompozycje "Crashland", "Pale", "Archer" i "Bane", ale jednocześnie wyznacza nowe kierunki w swojej filozofii. W sumie więc "Arcturian" zabiera w nieodgadnione rejony wyobraźni, zawieszone gdzieś pomiędzy kosmosem a ukrytymi mrocznymi wymiarami jestestwa, aby też zarazem wysłać armię uzbrojonych doświadczeniem i wizjonerstwem zagrywek oraz słów, które służą zdobywaniu i umacnianiu metalowej awangardy na muzycznym nieboskłonie. Zatem nowy album norweskiego zespołu jest nie tyle łącznikiem pomiędzy dziedzictwem zespołu a współczesnością, co przejściem do kolejnej majestatycznej przestrzeni twórczości Arcturus.


Trudno bowiem o znalezienie odpowiedniej definicji dla kompozycji "Demon". To paradoksalnie najkrótszy utwór z tracklisty "Arcturiana", ale też najbardziej nowoczesny, jeśli weźmiemy pod uwagę dotychczasową kondycję Arcturusa i w ogóle metalowej awangardy. Dla tego utworu można dać się zabić i można dla niego ciągle umierać. To metal uległy elektronice. Wstrząs dla fanów obu tych światów, a równocześnie przyczynek do otwarcia nowego. Genialny tekst, fenomenalny aranż i klimat, którego nie można podrobić. Zresztą Arcturus na piątym albumie studyjnym bardzo odważnie otworzył się na elektronikę, w zasadzie to na jej mroczną stronę, z której przez lata wyłaniały się różne nurty nazywane ambientem, drone czy też inaczej. Oprócz utworu "Demon" - ze względu na swoją formę aspirującego do miana symbolu - na krążku nie brakuje też oczywiście innych kompozycji, które to Norwegowie wyposażyli w potencjał elektroniczny, nie zapominając oczywiście o metalu... a może czasem zapominając? Doskonałym przykładem w tej materii będzie "The Journey", jako za mgłą rzecze Knut Magne Valle: "this a journey through the magical time", kompozycja dodatkowo ozdobiona smyczkami, którymi Lestat de Lioncourt potrafił czarować w "Królowej Potępionych". W sumie więc dawniej w twórczości Arcturus można było usłyszeć zręby elektroniki, ale jej intensywność na "Arcturianie" przeszła moje oczekiwania. Nie chodzi wyłącznie o wstawki, tudzież muzyczne ciekawostki wplecione pod instrumenty, ale o celebrację elektroniki w kompozycjach o walorze metalowym. Ponad wymienionymi kolejnym przykładem niech będzie kosmiczna ścieżka elektroniczna w wykonaniu Vortexa, która dwukrotnie zastąpiła solówkę gitarową w utworze "Warp". Trzeba tu powiedzieć, że efekt dialogu pomiędzy instrumentami a dźwiękami nieożywionymi w wykonaniu Arcturus prezentuje się znakomicie.

Zatem nie można też nie wspomnieć o obecności na krążku, szczególnie w utworach o największym ładunku elektroniki, enigmatycznego Twistexa. Kim, a może czym jest ta istota? Jego obecność na "Arcturianie" przynajmniej na jakiś czas pozostanie zagadką, ale liczne surrealistyczne dźwięki podpisane pseudonimem Twistex, zaprezentowany przezeń bas i niektóre elektroniczne krajobrazy nie mogą pozostać niezauważone. Nie zdziwię się więc jeśli niebawem okaże się, że tożsamość tego muzyka ma związek z Ulverem. Duch tej kapeli, jeszcze niepoddanej angielskim wpływom, często unosi się we fragmentach "Arcturiana". Natomiast inną ciekawą personą na nowym krążku Arcturusa jest skrzypek Sebastian Grouchot, równie ważny dla całego materiału, tak jak Twistex, pojawiający się w różnych wizjonerskich fragmentach albumu i zasypujący niekiedy wręcz złowieszczymi partiami smyczków. W każdym razie jakkolwiek by nie rozpatrywać "Arcturiana" to muzycy Arcturus w niektórych częściach tego muzycznego rytuału sięgnęli też metalowej ekstremy. Takiej, która pasuje do korzeni norweskich twórców, czyli dzikiej, zerwanej ze smyczy i  brutalnej, o czym najlepiej świadczą kompozycje "The Arcturian Sign" i "Angst". Gitarzysta Knut Magne Valle aka "Mollarn" raz po raz sunie w tych utworach ciężkimi riffami, a perkusista jego mroczna wysokość Jan Axel "Hellhammer" Blomberg żongluje blastami jakby za chwilę miał nimi urwać komuś głowę. Dodając do tego krajobrazu przerażające (verba veritatis) wokale Vortexa, szczególnie w wykrzyczanej po norwesku kompozycji "Angst" (innym utworem zaśpiewanym w tym języku jest "Bane"), to wyłoni się obraz muzyków wygłodniałych i wściekłych, dorównujących legendzie norweskich lasów - wywołanych tam duchów i przelanej krwi.

Wrażenia na temat "Arcturiana" można jeszcze mnożyć i potęgować. W istocie za Arcturus trudno nadążyć. Co prawda Vortex w jednym z utworów mówi: "Znasz te drzwi", ale nie udziela odpowiedzi co się za nimi znajduje. Twórczość kapeli, czyli pełnokrwista norweska metalowa awangarda, nie musi wcale dostarczać jej dużej ilości słuchaczy, ponieważ niekiedy wydaje się po prostu trudna w odbiorze. Weźmy choćby niewspominaną jeszcze w tym tekście kompozycję "Game Over". Z jednej strony Arcuturs buduje tu balladową atmosferę przechadzania się po kosmicznych korytarzach, akcentowaną może nieco zbyt przeciągniętym wokalem, zaś z drugiej eksploduje instrumentalnym opętaniem, niemalże tańcząc pomiędzy kolejnymi seriami zagrywek gitarowych, perkusyjnych i klawiszowych. Jak się w tym odnaleźć? Trzeba posiadać umysł i duszę dostosowane do wyzwań awangardy, a zarazem być człowiekiem z metalu, który nie przywiązuje się zbytnio do ortodoksji. Wszak z twórczością Arcturus, tak jak z nowym albumem tego zespołu, jest właśnie tak jak powiedział Vortex. To drzwi, które każdy już widział, ale za nimi zawsze będą znajdowały się rzeczy, których sobie nikt nigdy nie wyobrażał. Taki jest "Arcturian". Nieodgadniony, wszechstronny, mroczny, wizjonerski, ponadczasowy. 


Ocena: 9/10

O albumie w skrócie...

Skład: Simen "ICS Vortex" Hestnaes (ik, synth, w, inne), Jego Mroczna Wysokość Jan Axel "Hellhammer" Blomberg (p, w), Steinar "Sverd" Johnsen (ik), Hugh Stephen James Mingay "Skoll" (b, w), Knut Magne Valle "Mollarn" (g, ik, synth, w, inne), a także Twistex (b, dźwięki), Sebastian Grouchot (skrzypce) i Atle Pakusch Gundersen (gong)
 
Tracklista:

1. The Arcturian Sign
2. Crashland
3. Angst
4. Warp
5. Game Over
6. Demon
7. Pale
8. The Journey
9. Archer
10. Bane
           
Kraj: 
Norwegia

Produkcja:
MK

Dystrybucja:
Prophecy Productions

Gatunek:
Metal Awangardowy, Black Metal, Elektronika, 
Metal Eksperymentalny, Metal Progresywny

Rok wydania:
2015

Podsumowując: "Nowy album norweskiego zespołu jest nie tyle łącznikiem pomiędzy dziedzictwem zespołu a współczesnością, co przejściem do kolejnej majestatycznej przestrzeni twórczości Arcturus"

Konrad Zola

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz