sobota, 10 października 2015

Amorphis "Under The Red Cloud" (recenzja)

Maȟpíya Lúta! Gdzie Ty Czerwona Chmuro, tam i My, Twoi najwierniejsi towarzysze, Twoje plemię. 

Kolejne teksty wyśpiewywane przez Tomiego Joutsena na dwunastym albumie studyjnym Amorphis prowadziły mnie przez zręby życiorysu słynnego Maȟpíya Lúta, wodza Indian z plemienia Oglala, szczepu Wielkiego Narodu Siuksów. Charakterystyczny Joutsen śpiewa o górach i grzmotach, opowiada o pochodniach i kamieniach, podziwia srebro w pełnej księżycowej porze. Tytuł tegorocznego krążka Amorphis, czyli "Under The Red Cloud", tak również jak kompozycja tytułowa, są według mnie hołdem dla Czerwonej Chmury. Jego duch ujawnił się w owych fragmentach twórczości fińskiego zespołu, stał się też elementem odwołań w innych częściach albumu. W sumie więc to materiał o dzikiej naturze, jej pięknie, toczących się o nią sporach i wylewanym na ołtarzu jej krwi poświęceniu. Maȟpíya Lúta umarł w ciemnościach, ale dziś pamiętają o nim nawet gwiazdy rozłożone w najbardziej mrocznych częściach tajemnego nieboskłonu.

Tak oto pod opieką Czerwonej Chmury zostały osadzone najważniejsze wątki ujęte na dwunastym albumie Amorphis. Toczą się one w dziesięciu aktach (tudzież dwunastu w wersji rozszerzonej), którymi są poszczególne utwory na krążku "Under The Red Cloud". Warto od razu zauważyć, że fińska kapela z każdą kolejną płytą konsekwentnie odchodzi od progresywnych przestrzeni, stając się zespołem o wiele bardziej oddanym folkowi, niż było to dawniej. Prog metalu na nowym albumie Amorphis można więc doświadczyć tylko w ograniczonym zakresie - niektóre mniej kontrolowane wypuszczenia fińskich instrumentalistów muszą wystarczyć za wszystko w tej muzycznej materii. W każdym razie bardziej skondensowane kompozycje Finów nie oznaczają bynajmniej czegoś niedobrego. Ba! Mam wrażenie, że Amorphis stał się dziś symbolem dojrzałości. Zespołem doskonale zdefiniowanym i wiedzącym, jaki rodzaj emocji chce przekazać słuchaczom. Album "Under The Red Cloud", będący odważnym rozwinięciem skądinąd świetnego dzieła "Circle" z 2003 roku, stanowi ukoronowanie pięknego dziesięciolecia fińskiej kapeli odkąd na jej pokładzie pojawił się Tomi Joutsen.

Celowo już trzy razy wymieniłem nazwisko tego wokalisty, ponieważ jest on jednym z głównym bohaterów "Under The Red Cloud", co przecież nie zawsze bywa prawidłowością w przypadku tzw. frontmanów, ale tego typu syndromy nie dotyczą Tomiego Joutsena. To lider z krwi i kości, będący dziś być może najmocniejszym punktem Amorphis. Jego wszechstronny wokal jest niczym tornado. Absolutna ekstraklasa! Biorąc więc pod uwagę niesamowitą formę wokalną Joutsena, wieloletnie doświadczenie zamienione na najwyższy zmysł kompozycyjny gitarzysty Esy Holopainena i klawiszowca Santeriego Kallio, a także ogólny klimat "Under The Red Cloud" to trzeba bez ryzyka powiedzieć, że wyszedł z tego naprawdę znakomity album. Amorphis tradycyjnie proponuje tu charakterystyczne mariaże lirycznych instrumentów klawiszowych z agresywną i nieokrzesaną sekcją gitarowo-perkusyjną. Tyle, że to nieokrzesanie jest tylko pozorem. Już we wspominanym utworze tytułowym daje się bowiem odczuć klasę Amorphis. Za każdym słowem wyśpiewanym przez Joutsena, za każdym dźwiękiem klawiszy Kallio i zaproponowanym riffem Holopainena narasta unikatowy klimat zbudowany na gruncie folku, progresywnej lekkości i metalu nieodpornego na wpływy deathu. Amorphis na liniach kompozycji "Under The Red Cloud" zapowiada, że tak samo zatytułowany album będzie być może najmocniejszym dziełem w dyskografii zespołu.

Te zapowiedzi nie są niczym słowa rzuca na wiatr albo łzy płynące w strugach deszczu - album "Under The Red Cloud" z miejsca aspiruje do grona najważniejszych nagrań fińskiej kapeli. Weźmy pod uwagę najbardziej agresywne fragmenty na tym krążku, utwory "The Four Wise Ones", "Bad Blood", "Dark Path" i "Tree Of Ages", aby zbadać ich strukturę. Gitarzyści Esa Holopainen i Tomi Koivusaari zasypują się tam riffami, drummer Jan Rechberger osiąga poziom metalowej ekstremy, zaś Toni Joutsen przeistacza się w dziką bestię. Korespondujące z tym partie folku a nawet rocka (...w utworze
"White Night"), tu i ówdzie urozmaicone wokalami Aleah Stanbridge, są niczym miód dla łakomczuchów ostrych dźwięków niepodatnych na proste konwencje. Metalu wypełnionego głębią improwizacji. Ostrości przeniesionej z poziomu gitar na instrumenty niekoniecznie sprzyjające definicjom w leksykonie fana ciężkich brzmień. Efekt jest powalający! Niemniej to nie wszystko. Amorphis to nie tylko celebracja agresywnego klimatu uprawianego w najbardziej naturalnym środowisku jakie można sobie tylko wyobrazić. Amorphis to dziś przesłanie zaprezentowane pod Czerwoną Chmurą - instrumentarium o wiele bardziej urozmaicone, niż mógł to sobie wyobrażać przeciętny fan fińskiej kapeli.

W okolice orientu, środowiska w sumie dotąd mało zbadanego przez kapele metalowe, wiodą kompozycje "The Skull", "Death of a King" i "Enemy At The Gates". Każda z nich zawiera coś unikatowego. Pierwsza charakteryzuje się świetnym zejściem na przestrzenie - najpierw gitarową, później klawiszową. Druga, będąca w mojej ocenie najlepszym punktem albumu, oferuje niezwykle klimatyczne partie gitary wdającej się w pojedynek z seriami folkowych przeskadzajek, a także wiedzie poprzez "żywe" i pobudzające do działania zwrotki. Natomiast trzecia znowu wynosi gitarę w okolice niebanalnego zestawu riffów, proponuje improwizację w progresywnym stylu, a przy okazji też stanowi sprawne połączenie wirtuozerii instrumentalistów kapeli z ich plemienną, dziką naturą. To są właśnie te mniej kontrolowane wypuszczenia, te progresywne fragmenty, o których wcześniej wspominałem. Ich atrakcyjność nie podlega żadnej dyskusji. Zresztą przy tego typu nagraniach można przypomnieć sobie to niezwykłe wrażenie w konfrontacji ze wstępem do utworu "Wherever I May Roam" z repertuaru Metalliki - tyle, że intensywność tych wrażeń w przypadku Amorphis jest większa. 


Jeszcze jedną formą wyrazu zaprezentowaną przez Amorphis na krążku "Under The Red Cloud" należy określić kompozycję "Sacrifice". Nagranie, być może słusznie określane przez niektórych podniosłą balladą, w istocie odzwierciedla miejsce, w którym dziś znajduje się fińska kapela. To bowiem hymn, będący zwieńczeniem procesu dojrzewania Amorphis. To utwór naładowany odpowiednią dawką etosu, wypełniony zjawiskowymi zagrywkami (szczególnie na poziomie gitar), a także wiedziony porywającą narracją. Finowie pełnią tu funkcję przewodników po takim świecie, jaki zaplanował sobie jego Stwórca. Zdarte na końcu utworu zdanie wyśpiewane przez Joutsena, tj. "Accept my sacrifice", powinno stać się domeną wszystkich ludzi na całym świecie.
Maȟpíya Lúta mógłby być hostem owej domeny, a muzyka Amorphis jej transferem. Dwunasty album studyjny zespołu to więc dzieło najwyższej próby. Takie płyty jak "Under The Red Cloud" bez wątpienia potrzebne są na metalowym rynku.

Ocena: 9/10

Amorphis
O albumie w skrócie...

Skład: Tomi Joutsen (w), Tomi Koivusaari (g), Esa Holopainen (g), Santeri Kallio (ik), Niclas Etelävuori (b), Jan Rechberger (p), a także Aleah Stanbridge (w), Martin Lopez (ip), Jens Bogren (w), André Alvinzi (ik), Chrigel Glanzmann (flet, gwizdki), Jon Phipps (orkiestracje) oraz Österäng Symphonic Orchestra (orkiestracje)
 
Tracklista:

1. Under The Red Cloud
2. The Four Wise Ones
3. Bad Blood
4. The Skull
5. Death of a King
6. Sacrifice
7. Dark Path
8. Enemy At The Gates
9. Tree Of Ages
10. White Night
11. Come The Spring 

12. Winter's Sleep                        
Kraj: 
Finlandia

Produkcja:
Jens Bogren

Dystrybucja:
Nuclear Blast

Gatunek:
Metal Progresywny, Folk, 
Melodyjny Death Metal

Rok wydania:
2015

Podsumowując: "Amorphis stał się dziś symbolem dojrzałości. Zespołem doskonale zdefiniowanym i wiedzącym, jaki rodzaj emocji chce przekazać słuchaczom"

Konrad Zola

1 komentarz:

  1. Ścisła czołówka tego roku. Zaskakujące, że zespół z takim przebiegiem wciąż potrafi nagrać płytę przystępną, a jednocześnie bogatą i niebanalną. Nie nudzi się w ogóle, mimo wielu obrotów i nawet te festynowe piszczałki z czasem polubiłem.

    OdpowiedzUsuń