W pięknych, okrytych aurą jesiennego mroku islandzkich przestrzeniach wyłania się kolejny album Sólstafir, czyli dzieło o marzeniach i wyobrażeniach tego, co dopiero ma nadejść. To "Berdreyminn". Krążek, który ugruntowuje Islandczyków w elicie współczesnych twórców rocka i metalu, choć trzeba przy tym zespole uważać na proste definicje. Jego muzyka jest obecnie ciężka, wizjonerska, melancholijna, przygnębiająca, progresywna, a nade wszystko piękna. Sólstafir tworzy dziś narrację do ludzkich serc, dusz i umysłów.
Album "Berdreyminn" w podstawowej wersji składa się z ośmiu utworów, ale zaznaczam, że warto sięgnąć po rozszerzoną wersję ze względu na wysoką jakość wrażeń, które dostarczają zawarte tam dwa utwory, tj. "Svart Blod" i "Samband i Berlin". Natomiast jeśli chodzi o twórców tego dzieła, to w porównaniu do poprzedniego albumu Sólstafir w składzie kapeli pojawił się nowy perkusista, tj. Hallgrímur Jón Hallgrímsson, a pewnemu ograniczeniu uległa sekcja smyczkowa. Zespół z Islandii nie zrezygnował jednak z nietypowych dla tej muzyki instrumentów, ponieważ na dystansie albumu "Berdreyminn" wciąż można gdzieniegdzie usłyszeć smyczki, a katalog nietypowości tworzą także rogi, trąbka, tuba i skrzydłówka. Całość ujarzmiona przez metalowych instrumentalistów Sólstafir okazuje się pięknym doświadczeniem. Metalem naszych czasów i muzyką, obok której nie wolno przejść obojętnie.
W pisanymi czernią, szarością, popielą, spiżem i beżem barwami "Berdreyminn" nie brakuje właściwego dla Sólstafir atmosferycznego grania, manipulowania tempem i ciężarem utworów, jak w przypadku otwierającego dzieło killera "Silfur-Refur". Kompozycja poprzedzona mrocznym wstępem wkrótce załamuje się pod ciężarem gitar Aðalbjörna Tryggvasona i Sæþóra Maríusa Sæþórssona, a także perkusji Hallgrímura Jóna Hallgrímssona, aby następnie galopować w metalowej konwencji do rozciągniętego w zgliszczach finału. Metalowym popisom Islandczyków towarzyszą elementy, które stanowią o tożsamości Sólstafir, czyli przepiękne zejścia, refleksyjne partie autonomiczne, budzące dreszcze wykończenia gitarowe i wreszcie też mrok wynikający z natury, a nie z potrzeby jego stworzenia. Całość poraża, niczym prąd pod najwyższym napięciem, a wyśpiewywane linijki tekstu w języku islandzkim, tak bardzo niezrozumiałe, tylko tej atmosferze dodają odpowiedniej wymowy. Z perspektywy słuchaczy okazuje się, że nie trzeba znać języka, aby czerpać z niego przyjemność.
Atmosfera jest zresztą słowem kluczem jeśli chodzi o Sólstafir i album "Berdreyminn". Nie może być inaczej choćby wobec takich utworów, jak "Hula". To arcypiękna, niezwykle melancholijna i wypełniona wielkimi emocjami ballada. Zagrana bez pośpiechu, często w oparciu o partie klawiszowe Halldora A. Björnssona i spopielone efekty, gdzie Aðalbjörn Tryggvason wyśpiewuje kolejne linijki islandzkiego tekstu, czasem podnosząc swój wokal, niekiedy nawet krzycząc, ale w żadnym wypadku nie tracąc szczerości. To nie tylko fantastyczny gitarzysta, ale też wyjątkowy wokalista, który swoje możliwości potwierdza w każdym utworze zarejestrowanym na "Berdreyminn". Dzieje się tak m.in. w "Nárós", czyli kompozycji łączącej oniryczne post metalowe klimaty (postrzępione gitary, demoniczny wokal) z eksplodującymi metalowymi falami dźwięku (wybuchowe instrumenty, intensywny wokal). To kolejny wielki utwór w zawartości "Berdreyminn", będący jakby próbą połączenia wrażliwej strony Sólstafir z ekstremalnymi kierunkami twórczości Islandczyków. Całość nie tyle wgniata w ziemię, co wprowadza w nastrój uduchowionej kontemplacji, z której od czasu do czasu wyrywa krzyk Aðalbjörna Tryggvasona.
W zawartości "Berdreyminn", co ciekawe, znalazły się także utwory nieomal heavymetalowe o dość przystępnym ładunku zagrywek instrumentalnych, czego najlepszym dowodem jest "Ísafold". To numer otwarty klasycznym, zapętlonym riffem w konwencji NWOBHM, który jednak do swojej islandzkiej tożsamości dochodzi dość szybko, bowiem wraz z pierwszymi słowami wokalisty. Niemniej zarówno wspominany riff, jak również inne przystępne patenty w "Ísafold" będą do końca trzymały się tego pięciominutowego utworu. Nawet wtedy, gdy muzycy Sólstafir dojdą do efektownego instrumentalnego finału z wysuniętymi gitarami i perkusją. Sekcja instrumentalna, jak to bywa w przypadku tego islandzkiego zespołu, doskonale uzupełnia się z wokalistą. Czasem jednak mówią instrumenty, vide "Dýrafjörður", w którym to Aðalbjörn Tryggvason wchodzi w dialog z różnymi wymiarami gitarowych wariacji - najpierw śpiewa znakomity frontman, a następnie odpowiada mu gitarowa improwizacja, wsparta fragmentarycznie partiami klawiszowymi. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o indywidualne wypuszczenia instrumentalne, to "Dýrafjörður" w sekcji gitarowej stanowi najmocniejszy punkt albumu.
Nowy album Sólstafir to także grupa mniej lub bardziej widowiskowych eksperymentów. O ile wspominany utwór "Ísafold" i jego heavymetalowe inklinacje mieszczą się w granicach wyobrażeń na temat muzyki Islandczyków, o tyle kompozycja "Ambátt" te wyobrażenia wystawia na próbę. Znajdziemy tu dziewiczo brzmiące chóry oraz efekty jak z prog rockowego standardu, a i momentami Aðalbjörn Tryggvason brzmi jakoś łagodnie. Całość jednak, co jest domeną albumu "Berdreyminn", stopniowo nabiera przyciągającego kształtu. Za to bez wstępów, z miejsca i otwarcie wybrzmiewa "Bláfjall". To wspaniały utwór, który raz jeszcze na dystansie płyty eksponuje wielkie możliwości wokalne (i piękne emocje) Aðalbjörna Tryggvasona, a także niebanalność w tworzeniu muzyki przez Sólstafir. W "Bláfjall" chodzi wszak o żywiołowość. To wyjątkowa atmosfera na pograniczu rocka i metalu, a także akcenty instrumentalne, które tworzą inspirującą całość, będącą niemalże formą mszy dla środowiska metalowego, strudzonego już ogranymi kompozycjami i starzejącymi się twórcami. Gdy tak słucham "Bláfjall" wydaje mi się, że starość nie grozi ani mnie, ani każdemu słuchaczowi Sólstafir.
Natomiast o swoich folkowych korzeniach Sólstafir mocno przypomina w utworze "Hvít Sang", który pod względem struktury nieco nawiązuje do omawianej wcześniej kompozycji "Hula". Tyle, że w "Hvít Sang" znalazło się znacznie więcej nietypowych instrumentów, o których wcześniej wspomniałem, zaś sam utwór po serii minimalistycznych zagrywek i wręcz błagalnym wokalu rozgrzewa się do czerwoności. Sólstafir zrywa się tu do pogoni za dźwiękiem, niczym spłoszone stado koni. Instrumentaliści dochodzą do przestrzeni, w której liczy się już tylko metal. Efekt jest powalający! Nokaut w siódmej minucie! Absolutna magia dźwięku! Wykrzykniki można by zresztą postawić przy każdym utworze w zawartości albumu "Berdreyminn", w tym przy dwóch dodatkowych kompozycjach, ale wydaje mi się, że islandzki zespół nie sili się na popularność i nie zależy mu na wykrzyknikach. Sólstafir to dziś bowiem krystaliczna forma muzyki osadzonej w ciężkich brzmieniach, bogate przestrzenie, których nie powstydziłby się żaden przedstawiciel metalu progresywnego, a także szczerość - niekiedy bardzo surowa, niekiedy uduchowiona - na którą dziś nie wszystkich stać. Poza tym wszystkim "Berdreyminn" to kolekcja wspaniałych utworów, tworzących najlepsze dotąd dzieło zespołu z Islandii. To wielki kandydat do płyty roku. Þungarokk w najlepszym wydaniu.
Album "Berdreyminn" w podstawowej wersji składa się z ośmiu utworów, ale zaznaczam, że warto sięgnąć po rozszerzoną wersję ze względu na wysoką jakość wrażeń, które dostarczają zawarte tam dwa utwory, tj. "Svart Blod" i "Samband i Berlin". Natomiast jeśli chodzi o twórców tego dzieła, to w porównaniu do poprzedniego albumu Sólstafir w składzie kapeli pojawił się nowy perkusista, tj. Hallgrímur Jón Hallgrímsson, a pewnemu ograniczeniu uległa sekcja smyczkowa. Zespół z Islandii nie zrezygnował jednak z nietypowych dla tej muzyki instrumentów, ponieważ na dystansie albumu "Berdreyminn" wciąż można gdzieniegdzie usłyszeć smyczki, a katalog nietypowości tworzą także rogi, trąbka, tuba i skrzydłówka. Całość ujarzmiona przez metalowych instrumentalistów Sólstafir okazuje się pięknym doświadczeniem. Metalem naszych czasów i muzyką, obok której nie wolno przejść obojętnie.
W pisanymi czernią, szarością, popielą, spiżem i beżem barwami "Berdreyminn" nie brakuje właściwego dla Sólstafir atmosferycznego grania, manipulowania tempem i ciężarem utworów, jak w przypadku otwierającego dzieło killera "Silfur-Refur". Kompozycja poprzedzona mrocznym wstępem wkrótce załamuje się pod ciężarem gitar Aðalbjörna Tryggvasona i Sæþóra Maríusa Sæþórssona, a także perkusji Hallgrímura Jóna Hallgrímssona, aby następnie galopować w metalowej konwencji do rozciągniętego w zgliszczach finału. Metalowym popisom Islandczyków towarzyszą elementy, które stanowią o tożsamości Sólstafir, czyli przepiękne zejścia, refleksyjne partie autonomiczne, budzące dreszcze wykończenia gitarowe i wreszcie też mrok wynikający z natury, a nie z potrzeby jego stworzenia. Całość poraża, niczym prąd pod najwyższym napięciem, a wyśpiewywane linijki tekstu w języku islandzkim, tak bardzo niezrozumiałe, tylko tej atmosferze dodają odpowiedniej wymowy. Z perspektywy słuchaczy okazuje się, że nie trzeba znać języka, aby czerpać z niego przyjemność.
Atmosfera jest zresztą słowem kluczem jeśli chodzi o Sólstafir i album "Berdreyminn". Nie może być inaczej choćby wobec takich utworów, jak "Hula". To arcypiękna, niezwykle melancholijna i wypełniona wielkimi emocjami ballada. Zagrana bez pośpiechu, często w oparciu o partie klawiszowe Halldora A. Björnssona i spopielone efekty, gdzie Aðalbjörn Tryggvason wyśpiewuje kolejne linijki islandzkiego tekstu, czasem podnosząc swój wokal, niekiedy nawet krzycząc, ale w żadnym wypadku nie tracąc szczerości. To nie tylko fantastyczny gitarzysta, ale też wyjątkowy wokalista, który swoje możliwości potwierdza w każdym utworze zarejestrowanym na "Berdreyminn". Dzieje się tak m.in. w "Nárós", czyli kompozycji łączącej oniryczne post metalowe klimaty (postrzępione gitary, demoniczny wokal) z eksplodującymi metalowymi falami dźwięku (wybuchowe instrumenty, intensywny wokal). To kolejny wielki utwór w zawartości "Berdreyminn", będący jakby próbą połączenia wrażliwej strony Sólstafir z ekstremalnymi kierunkami twórczości Islandczyków. Całość nie tyle wgniata w ziemię, co wprowadza w nastrój uduchowionej kontemplacji, z której od czasu do czasu wyrywa krzyk Aðalbjörna Tryggvasona.
W zawartości "Berdreyminn", co ciekawe, znalazły się także utwory nieomal heavymetalowe o dość przystępnym ładunku zagrywek instrumentalnych, czego najlepszym dowodem jest "Ísafold". To numer otwarty klasycznym, zapętlonym riffem w konwencji NWOBHM, który jednak do swojej islandzkiej tożsamości dochodzi dość szybko, bowiem wraz z pierwszymi słowami wokalisty. Niemniej zarówno wspominany riff, jak również inne przystępne patenty w "Ísafold" będą do końca trzymały się tego pięciominutowego utworu. Nawet wtedy, gdy muzycy Sólstafir dojdą do efektownego instrumentalnego finału z wysuniętymi gitarami i perkusją. Sekcja instrumentalna, jak to bywa w przypadku tego islandzkiego zespołu, doskonale uzupełnia się z wokalistą. Czasem jednak mówią instrumenty, vide "Dýrafjörður", w którym to Aðalbjörn Tryggvason wchodzi w dialog z różnymi wymiarami gitarowych wariacji - najpierw śpiewa znakomity frontman, a następnie odpowiada mu gitarowa improwizacja, wsparta fragmentarycznie partiami klawiszowymi. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o indywidualne wypuszczenia instrumentalne, to "Dýrafjörður" w sekcji gitarowej stanowi najmocniejszy punkt albumu.
Nowy album Sólstafir to także grupa mniej lub bardziej widowiskowych eksperymentów. O ile wspominany utwór "Ísafold" i jego heavymetalowe inklinacje mieszczą się w granicach wyobrażeń na temat muzyki Islandczyków, o tyle kompozycja "Ambátt" te wyobrażenia wystawia na próbę. Znajdziemy tu dziewiczo brzmiące chóry oraz efekty jak z prog rockowego standardu, a i momentami Aðalbjörn Tryggvason brzmi jakoś łagodnie. Całość jednak, co jest domeną albumu "Berdreyminn", stopniowo nabiera przyciągającego kształtu. Za to bez wstępów, z miejsca i otwarcie wybrzmiewa "Bláfjall". To wspaniały utwór, który raz jeszcze na dystansie płyty eksponuje wielkie możliwości wokalne (i piękne emocje) Aðalbjörna Tryggvasona, a także niebanalność w tworzeniu muzyki przez Sólstafir. W "Bláfjall" chodzi wszak o żywiołowość. To wyjątkowa atmosfera na pograniczu rocka i metalu, a także akcenty instrumentalne, które tworzą inspirującą całość, będącą niemalże formą mszy dla środowiska metalowego, strudzonego już ogranymi kompozycjami i starzejącymi się twórcami. Gdy tak słucham "Bláfjall" wydaje mi się, że starość nie grozi ani mnie, ani każdemu słuchaczowi Sólstafir.
Natomiast o swoich folkowych korzeniach Sólstafir mocno przypomina w utworze "Hvít Sang", który pod względem struktury nieco nawiązuje do omawianej wcześniej kompozycji "Hula". Tyle, że w "Hvít Sang" znalazło się znacznie więcej nietypowych instrumentów, o których wcześniej wspomniałem, zaś sam utwór po serii minimalistycznych zagrywek i wręcz błagalnym wokalu rozgrzewa się do czerwoności. Sólstafir zrywa się tu do pogoni za dźwiękiem, niczym spłoszone stado koni. Instrumentaliści dochodzą do przestrzeni, w której liczy się już tylko metal. Efekt jest powalający! Nokaut w siódmej minucie! Absolutna magia dźwięku! Wykrzykniki można by zresztą postawić przy każdym utworze w zawartości albumu "Berdreyminn", w tym przy dwóch dodatkowych kompozycjach, ale wydaje mi się, że islandzki zespół nie sili się na popularność i nie zależy mu na wykrzyknikach. Sólstafir to dziś bowiem krystaliczna forma muzyki osadzonej w ciężkich brzmieniach, bogate przestrzenie, których nie powstydziłby się żaden przedstawiciel metalu progresywnego, a także szczerość - niekiedy bardzo surowa, niekiedy uduchowiona - na którą dziś nie wszystkich stać. Poza tym wszystkim "Berdreyminn" to kolekcja wspaniałych utworów, tworzących najlepsze dotąd dzieło zespołu z Islandii. To wielki kandydat do płyty roku. Þungarokk w najlepszym wydaniu.
Ocena: 10/10
![]() |
| Aðalbjörn Tryggvason |
Skład: Aðalbjörn Tryggvason (g, w), Hallgrímur Jón Hallgrímsson (p, w), Svavar Austman (b), Sæþór Maríus Sæþórsson (g), a także Amiina (is), Halldor A. Björnsson (ik), Erna Ómarsdóttir (rogi), Margrét Soffía Einarsdóttir (w), Snorri Sigurðarson (skrzydłówka, trąbka), Ingi Garðar Erlendsson (tuba)
|
|
| Tracklista: 1. Silfur-Refur 2. Ísafold 3. Hula 4. Nárós 5. Hvít Sang 6. Dýrafjörður 7. Ambátt 8. Bláfjall 9. Svart Blod* 10. Samband i Berlin* * - edycja rozszerzona Rok wydania: 2017 | Kraj: Islandia Produkcja: Aðalbjörn Tryggvason Jaime Gomez Arellano Birgir Jón Birgisson Dystrybucja: Season Of Mist Gatunek: Post Metal Post Rock Metal Progresywny |
Podsumowując: "[...] muzyka ciężka, wizjonerska, melancholijna, przygnębiająca, progresywna, a nade wszystko piękna. Sólstafir tworzy dziś narrację do ludzkich serc, dusz i umysłów"
Konrad Zola


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz