Rozmaicie toczą się losy muzyków związanych z klasyczną sceną amerykańskiego thrash metalu. Jedni umierają, inni pozostają wierni korzeniom, niektórzy popadają w totalne zapomnienie, a są też tacy, którzy radykalnie zmieniają front w granej przez siebie muzyce. Do żadnej z tych kategorii nie należy ex gitarzysta kultowego składu Megadeth Marty Friedman, współautor takich klasyków gatunku jak albumy "Rust in Peace" i "Countdown to Extinction", który wciąż pozostaje wierny ostremu metalowemu zasuwowi, ale w nowym stuleciu łączy to z gitarową wirtuozerią i nagrywa pod własnym nazwiskiem. Tak w skrócie można by zdefiniować solowy album gitarzysty zatytułowany "Wall Of Sound".
To materiał, któremu nie ma brakuje progresywnej przestrzenności, choćby w utworach "Sorrow and Madness" i "The Last Lament", ale przede wszystkim chodzi tu o gitarę. Marty Friedman rejestrując jedenaście utworów, głównie na sygnowanym swoim nazwiskiem Jacksonie USA Signature Marty Friedman MF-1, wykazał się nieprzeciętnym kunsztem, czego akurat po tym mistrzu gitary można było się spodziewać. Nie zawsze jednak warsztat i umiejętności przekładają się na tworzenie porywającej muzyki, szczególnie gdy mamy do czynienia z muzyką instrumentalną (vide "Wall Of Sound"), ale w przypadku Marty'ego Friedmana daje się zauważyć rzadko spotykaną lekkość w komponowaniu świetnych kawałków. Być może gitarzyście służy Japonia, w której mieszka od kilkunastu lat, będąc zresztą na tamtejszym rynku kimś w rodzaju celebryty, a być może to wrodzony talent nieprzemielony na kołowrotku życiowych rozczarowań. Pewne jest jedno: Marty Friedman wymiata!
Popisy gitarowe Amerykanina stanowią esencję krążka "Wall Of Sound", na którym zaprezentowała się również liczna świta przedstawicieli japońskiej sceny rockowej. Japończycy, tak bliscy sercu i obecnemu etapowi życia Marty'ego Friedmana, sprawili, że jego nowy album charakteryzuje się specyficznym posmakiem. Szczypta azjatyckiego klimatu wystarczyła, aby "Wall Of Sound" wyróżniał się na tle innych materiałów z dominującą rolą gitary. W każdym razie na krążku wystąpili także muzycy z USA i Europy, choćby bębniarze Gregg Bissonette i Anup Sastry, a partie gitarowe dołożyli Jinxx i Shiv Mehra. Prawdziwym hitem okazuje się jednak udział w tym materiale Jorgena Munkeby'ego z norweskiego Shining, który w kompozycji "Something To Fight" - jedynej z wokalami na krążku - stworzył z Martym Friedmanem atmosferę potępionej mszy, wściekle wrzeszcząc i dokładając znakomite partie saksofonu, niezwykle efektownie wchodzące w dialog z gitarą byłego zawodnika Megadeth. To jedyne w swoim rodzaju połączenie klasycznego gitarowego thrashu z groźną ekspresją blackjazzową. Ogień!
Ponadto na krążku "Wall Of Sound" Marty Friedman gra ostro i zadziornie, nawiązując do swoich najbardziej metalowych czasów w kompozycjach "Self Pollution" i "Streetlight". Gra też wirtuozersko, przemieszczając się po różnych wymiarach rocka i metalu, zarazem tworząc wyborne korytarze riffów gitarowych, jak w "Sorrow and Madness", "The Blackest Rose", "Miracle" czy też progresywnym "The Last Lament". Swoje do tego materiału dołożyli także instrumentalni towarzysze Marty'ego Friedmana, choć gitara na "Wall Of Sound" pozostaje najważniejsza. Warto pamiętać, że we wszystkich wymienionych utworach nie utrzymuje się jednostajny klimat. Marty Friedman ze swoim Jacksonem wyczynia cuda, proponując niezliczoną liczbę zagrywek, lokowanych w różnych warstwach rocka i metalu. O zróżnicowaniu tego dzieła najlepiej świadczy fakt, że na jednym dystansie spotykają się ostry jak brzytwa utwór "Something To Fight" z romantyczną balladą "For a Friend". Całość więc nie uodparnia się na kolejne odsłuchy, podczas których zawsze można znaleźć coś nowego.
Ponadto na krążku wyróżniają się utwory "Whiteworm", czyli niezwykle porywający, pełen licznych urozmaiceń singiel, utwór "Pussy Ghost" o bardzo metalowym, ale i tajemniczym rdzeniu, a także kompozycja "The Soldier", do której wprowadzają świetne bębny i wyrazisty japoński klimat. W tych wszystkich utworach na gitarze czaruje Marty Friedman. Jego nowy album solowy okazuje się więc dziełem gotowym, aby podbić serca wszystkich fanów gitary, instrumentalnych improwizacji, ale i starannej techniki. Tak oto Marty Friedman na "Wall Of Sound" jest widowiskowy, ale też wielokrotnie prezentuje swój kunszt. To gitarzysta naszej ery - puszcza oko do nowoczesnych patentów w rocku i metalu, ale też nie zapomina o thrashowym dziedzictwie, z którego wyrósł. W sumie więc "Wall Of Sound" to kawał porządnego gitarowego grania.
To materiał, któremu nie ma brakuje progresywnej przestrzenności, choćby w utworach "Sorrow and Madness" i "The Last Lament", ale przede wszystkim chodzi tu o gitarę. Marty Friedman rejestrując jedenaście utworów, głównie na sygnowanym swoim nazwiskiem Jacksonie USA Signature Marty Friedman MF-1, wykazał się nieprzeciętnym kunsztem, czego akurat po tym mistrzu gitary można było się spodziewać. Nie zawsze jednak warsztat i umiejętności przekładają się na tworzenie porywającej muzyki, szczególnie gdy mamy do czynienia z muzyką instrumentalną (vide "Wall Of Sound"), ale w przypadku Marty'ego Friedmana daje się zauważyć rzadko spotykaną lekkość w komponowaniu świetnych kawałków. Być może gitarzyście służy Japonia, w której mieszka od kilkunastu lat, będąc zresztą na tamtejszym rynku kimś w rodzaju celebryty, a być może to wrodzony talent nieprzemielony na kołowrotku życiowych rozczarowań. Pewne jest jedno: Marty Friedman wymiata!
Popisy gitarowe Amerykanina stanowią esencję krążka "Wall Of Sound", na którym zaprezentowała się również liczna świta przedstawicieli japońskiej sceny rockowej. Japończycy, tak bliscy sercu i obecnemu etapowi życia Marty'ego Friedmana, sprawili, że jego nowy album charakteryzuje się specyficznym posmakiem. Szczypta azjatyckiego klimatu wystarczyła, aby "Wall Of Sound" wyróżniał się na tle innych materiałów z dominującą rolą gitary. W każdym razie na krążku wystąpili także muzycy z USA i Europy, choćby bębniarze Gregg Bissonette i Anup Sastry, a partie gitarowe dołożyli Jinxx i Shiv Mehra. Prawdziwym hitem okazuje się jednak udział w tym materiale Jorgena Munkeby'ego z norweskiego Shining, który w kompozycji "Something To Fight" - jedynej z wokalami na krążku - stworzył z Martym Friedmanem atmosferę potępionej mszy, wściekle wrzeszcząc i dokładając znakomite partie saksofonu, niezwykle efektownie wchodzące w dialog z gitarą byłego zawodnika Megadeth. To jedyne w swoim rodzaju połączenie klasycznego gitarowego thrashu z groźną ekspresją blackjazzową. Ogień!
Ponadto na krążku "Wall Of Sound" Marty Friedman gra ostro i zadziornie, nawiązując do swoich najbardziej metalowych czasów w kompozycjach "Self Pollution" i "Streetlight". Gra też wirtuozersko, przemieszczając się po różnych wymiarach rocka i metalu, zarazem tworząc wyborne korytarze riffów gitarowych, jak w "Sorrow and Madness", "The Blackest Rose", "Miracle" czy też progresywnym "The Last Lament". Swoje do tego materiału dołożyli także instrumentalni towarzysze Marty'ego Friedmana, choć gitara na "Wall Of Sound" pozostaje najważniejsza. Warto pamiętać, że we wszystkich wymienionych utworach nie utrzymuje się jednostajny klimat. Marty Friedman ze swoim Jacksonem wyczynia cuda, proponując niezliczoną liczbę zagrywek, lokowanych w różnych warstwach rocka i metalu. O zróżnicowaniu tego dzieła najlepiej świadczy fakt, że na jednym dystansie spotykają się ostry jak brzytwa utwór "Something To Fight" z romantyczną balladą "For a Friend". Całość więc nie uodparnia się na kolejne odsłuchy, podczas których zawsze można znaleźć coś nowego.
Ponadto na krążku wyróżniają się utwory "Whiteworm", czyli niezwykle porywający, pełen licznych urozmaiceń singiel, utwór "Pussy Ghost" o bardzo metalowym, ale i tajemniczym rdzeniu, a także kompozycja "The Soldier", do której wprowadzają świetne bębny i wyrazisty japoński klimat. W tych wszystkich utworach na gitarze czaruje Marty Friedman. Jego nowy album solowy okazuje się więc dziełem gotowym, aby podbić serca wszystkich fanów gitary, instrumentalnych improwizacji, ale i starannej techniki. Tak oto Marty Friedman na "Wall Of Sound" jest widowiskowy, ale też wielokrotnie prezentuje swój kunszt. To gitarzysta naszej ery - puszcza oko do nowoczesnych patentów w rocku i metalu, ale też nie zapomina o thrashowym dziedzictwie, z którego wyrósł. W sumie więc "Wall Of Sound" to kawał porządnego gitarowego grania.
Ocena: 9/10
![]() |
| Marty Friedman |
Skład: Marty Friedman (g), a także Kiyoshi (b), Yukiko Takada (ik, synth), Hiyori Okuda (ip, wiola), Tatsuya Nishiwaki (ik, synth), Maki Furugaki (ik), Susumu Nishikawa (g), Kenjiro Naka (ip), Ramim Sakurai (synth), Danny Tunker (g, inne), Wes Hauch (g), Ewan Dobson (g), D.I.E. (ik, synth), Jason Moss (efekty), Nicolas Farmakalidis (ik), Anup Sastry (p), Gregg Bissonette (p), Jinxx (g, skrzypce), Shiv Mehra (g), Jorgen Munkeby (b, g, sax, synth, w) oraz The Barberetts (w)
|
|
| Tracklista: 1.Self Pollution 2.Sorrow and Madness 3.Streetlight 4.Whiteworm 5.For a Friend 6.Pussy Ghost 7.The Blackest Rose 8.Something To Fight 9.The Soldier 10.Miracle 11. The Last Lament Rok wydania: 2017 | Kraj: USA / Japonia Produkcja: Marty Friedman Dystrybucja: Prosthetic Records Gatunek: Rock Instrumentalny Metal Instrumentalny Heavy Metal |
Podsumowując: "Być może gitarzyście służy Japonia, w której mieszka od kilkunastu lat, będąc zresztą na tamtejszym rynku kimś w rodzaju celebryty, a być może to wrodzony talent nieprzemielony na kołowrotku życiowych rozczarowań. Pewne jest jedno: Marty Friedman wymiata!"
Konrad Zola


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz