wtorek, 1 lutego 2022

LALU "Paint The Sky" (recenzja)

O francuskim projekcie LALU słuch zaginął prawie dekadę temu. W 2013 roku ukazał się dobrze przyjęty album "Atomic Ark", a dwa lata później remaster dużego debiutu projektu pt. "Oniric Metal" wydanego jeszcze w 2005 roku. Nic w przyrodzie jednak nie ginie. Twórca projektu Vivien Lalu postanowił powrócić u progu trzeciej dekady XXI wieku z albumem zatytułowanym "Paint The Sky". Istnieje ryzyko, że i ten materiał mógłby nie przekraść się do masowej świadomości słuchaczy, ale jeśli w jego nagraniach wzięli udział Jordan Rudess, Damian Wilson i kilku innych znanych twórców rocka i metalu progresywnego, to pewnie jest, że o LALU powinno zrobić się głośno. Czy tylko ze względu na elektryzujących gości?
 
Ależ skąd! Krążek "Paint The Sky" zasługuje na duże zainteresowanie, ponieważ to wirtuozerskie podejście do muzyki oraz celebrowanie najlepszych ideałów rocka i metalu progresywnego z brytyjskim rodowodem w tle. Auć! Końcówka ostatniego zdania brzmi niebezpiecznie biorąc pod uwagę fakt, że przecież LALU wywodzi się z Francji. Jednak słuchając kolejnych kompozycji tworzących "Paint The Sky" nie sposób odejść od wrażenia jakby został tu umieszczony potężny ładunek brytyjskich wpływów. Fani twórczości Threshold czy Headspace poczują się przy tej muzyce jak w domu. Te trzy nazwy, owszem, łączy postać niesamowitego Damiana Wilsona, ale też charakterystyczne brzmienie. Do tego dochodzi muzyczna tożsamość Viviena Lalu. Mastermind projektu sprawił, że "Paint The Sky" będzie się wyróżniał na rynku rocka i metalu progresywnego. Pomimo oczywistych skojarzeń ten materiał stanowi budowanie suwerenności LALU i miejmy nadzieję, że na kolejne piętra tej budowli nie przyjdzie czekać kolejną dekadę. 
  
Najlepszą wizytówką "Paint The Sky" jest kompozycja tytułowa. Utwór zaskakuje żywiołowością. Jest najważniejszym nagraniem na trzecim krążku LALU, które zresztą zostało umieszczone w trackliście zarówno w wersji z wokalami, jak również w instrumentalnej, ale z nieco zmienionym podziałem ról wśród instrumentów. W każdym razie utwór "Paint The Sky" najlepiej odzwierciedla możliwości, charakter i atmosferę leżącą w muzyce LALU i w tym, co Vivien Lalu chce przekazać dziś światu. Zaiste, to prawdziwie progresywny twór. Jest wędrówką instrumentów po różnych stanach muzycznej wrażliwości. Dość powiedzieć, że na instrumentach klawiszowych oprócz głównego twórcy, swoje partie zarejestrowali Jens Johansson, Steve Walsh, Alessandro Del Vecchio i Gary Wehrkamp, dorzućmy do tego jeszcze bas Ton'yego Franklina. Z takiego kolażu muzycznych osobowości musiało wyjść coś nadzwyczajnego. To prawie osiem minut czarowania dźwiękiem, piękne przestrzenie i zapierające dech zagrywki instrumentalne. Bywa tu drapieżnie i metalowo, bywa kojąco, niemalże minimalistycznie. Prawdziwy korytarz dźwięków, który uzupełnia narracyjny dialog wokalny. Bez wątpienia najmocniejsza kompozycja w dyskografii LALU.
 
Oprócz tego krążek "Paint The Sky" oferuje jeszcze dziesięć innych utworów. Oczywiście największą uwagę przykuwa wielowątkowa kompozycja "The Chosen Ones", gdzie zagrał sam Jordan Rudess, a dodatkowe partie gitar dołożył Simone Mularoni. Za nazwiskami idzie jakość. Efektowne otwarcie na bębnach w wykonaniu Jelly'ego Cardarelliego nie może przejść niezauważone. Kompozycja początkowo senna, rozkręca się leniwie, ale podgrzewają ją ostre jak brzytwa gitary Joopa Woltersa i Simone Mularoniego. Na dystansie utworu daje się też zauważyć różne instrumentalne wtrącenia, mimo wszystko trochę tak jakby był tu budowany klimat na przyjście Jordana Rudessa. Wreszcie w okolicach piątej minuty klawiszowiec Dream Theater dokłada swoje partie. Nie trwa to nawet trzydziestu sekund, ale warto było czekać. Ile znaczy dotyk geniuszu, to właśnie Jordan Rudess zaprezentował w "The Chosen Ones". Pewnie będzie brakowało temu utworowi tożsamości ze względu na obecność wielkiego muzyka, który całą uwagę skupia na sobie, ale nie umniejsza to wartości jakie niesie z sobą ten kawałek.
 
Zastanawiające, że album "Paint The Sky" w pierwszych dźwiękach nie wydaje się atrakcyjny. Wszak niezbyt fascynuje otwierający dzieło utwór "Resent To Present", którego ciepłe brzmienie rozkłada się na jakże przewidywalnej strukturze. Całość umieszczona w zgrabnej, nieco leniwej klamrze, wydaje się aż za bardzo poukładana i pozbawiona elementów improwizacji instrumentalnej. Solówki Joopa Woltersa zagrane są na piątkę, niczym regułka wyrecytowana przez kujona, a ledwie sygnalizowane wypuszczenia pozostałych instrumentalistów to wystarczający powód, aby powiedzieć: "Falstart!". Nie do końca na krążku podobały mi się także akustyczne, brzmiące nieco archaicznie partie gitary, które można usłyszeć na dystansie niektórych utworów (przede wszystkim "Sweet Asylum"), ale to tylko drobiazgi, które nie są w stanie umniejszyć ładnej całości. Kolejne fragmenty "Paint The Sky" są wystarczające, aby rozpędzić album do przyjemnych prędkości, które sprawiają, że warto zainteresować się LALU.
 
Oznaczony długaśnym tytułem "Won't Rest Until The Heat Of The Earth Burns The Soles Of Our Feet Down To The Bone" stanowi prawdziwą kokieterię człowieka z dźwiękiem. Muzycy LALU w porywający sposób żonglują instrumentami malując ze wszechstronnej palety rocka i metalu. Wypuszczenia klawiszowe Viviena Lalu i solówki gitarowe Joopa Woltersa lśnią niczym złoto, a progresywna struktura kompozycji - pomimo jej relatywnie krótkiego czasu trwania - wzbudza zainteresowanie. Kolejne kolory dźwięku LALU proponuje słuchaczom w utworze "Emotionalised". Rockowe, nieco bluesujące otwarcie, przeistacza się w serię świetnych instrumentalnych wypuszczeń. Na poziomie takich zagrywek, jak w "Emotionalised", wyraźnie słychać eksperymentalne podejście do muzyki Viviena Lalu. Wykształcony muzycznie autor, którego rodzice Noelle i Michel tworzyli na francuskim rynku prog rocka, kreuje różne dźwiękowe kombinacje z poziomu instrumentów klawiszowych. Dobrymi przykładami jego eksperymentów są jeszcze oparte na nieregularnej strukturze i podatne na rozmaite improwizacje utwory "Lost in Conversation" i "We Are Strong". Nie ma tu klasycznych struktur, stajemy się świadkami poszukiwania dźwięku.
 
Czasami chodzi tu po prostu o momenty. Otóż improwizacje instrumentalne w środkowej części utworu "Standing At The Gates Of Hell" to jeden z najlepszych i najbardziej pamiętnych momentów trzeciego dużego albumu LALU. Chciałoby się powiedzieć: "Masterpiece!". Tymczasem balladową odsłonę LALU odkrywa numer "Witness To The World", którą wieńczy podniosłe solo gitarowe, będące popisem Marco Sfogliego. W finale regularnej tracklisty całość wygaszają delikatne dźwięki utworu "All Of The Lights". Ja sobie jednak wymyśliłem, że moje emocje po starciu z "Paint The Sky" nie będą jeszcze gasnąć. Chcę wracać do tego albumu i nieustannie go odkrywać. Chcę, aby Vivien Lulu mnie zaskakiwał swoimi pomysłami. Chcę jeszcze raz usłyszeć na zmianę przejmujący i drapieżny wokal Damiana Wilsona. Chcę, aby świat usłyszał o LALU. Warto!

Ocena: 9/10

Czasami chodzi o momenty

O albumie w skrócie...


Skład: Vivien Lalu (ik), Damian Wilson (w), Joop Wolters (b, g), Jelly Cardarelli (p), a także gościnnie Jens Johansson (ik), Stev Walsh (ik), Alessandro Del Vecchio (ik), Jordan Rudess (ik), Vikram Shankar (ik), Alex Argento (ik), Tony Franklin (b), Gary Wehrkamp (g), Marco Sfogli (g), Simone Mularoni (g), Simon Phillips (p)
 
Tracklista:
1. Reset To Preset
2. Won't Rest Until The Heat Of The Earth Burns The Soles Of Our Feet Down To The Bone
3. Emotionalised
4. Paint The Sky
5. Witness To The World
6. Lost in Conversation
7. Standing At The Gates Of Hell
8. The Chosen Ones
9. Sweet Asylum
10. We Are Strong
11. All Of The Lights
12. Paint The Sky (instrumental)

Rok wydania:
2022
    
  
Kraj: 
Francja

Produkcja:
Vivien Lalu

Dystrybucja:
Frontires Music

Gatunek:
Metal Progresywny, Rock Progresywny

Podsumowując: "[...] materiał stanowi budowanie suwerenności LALU i miejmy nadzieję, że na kolejne piętra tej budowli nie przyjdzie czekać kolejną dekadę"

Konrad Sebastian Morawski
 
 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz