Przed odsłuchem płyty zatytułowanej "Invictus" nie miałem żadnej wiedzy na temat kapeli Euphorizone. Zaufałem jednak interesującemu opisowi pochodzącemu od zespołu. Natomiast po odsłuchu płyty "Invictus" o Euphorizone wiem więcej, choć na pewno nie wszystko. Wydaje mi się, że posiadłem jednak wiedzę na temat najważniejszej sprawy. Otóż to zespół godny uwagi, którego debiutancki krążek nie powinien ujść uwadze wszystkich fanów art rocka z domieszką melancholii, elektroniki i klasycznych rockowych patentów, najlepiej tych osadzonych w twórczości dinozaurów gatunku made in Poland, takich jak TSA czy Turbo.
Album składa się z dwunastu utworów. Dwa z nich tworzą logiczną klamrę dla "Invictus". Najpierw następuje magnetycznie brzmiący prolog, pełen tajemniczego klimatu, opartego na elektronicznej przestrzeni, w której fenomenem okazują się dźwięki trąbki gościnnie występującego Leszka Mulorza. Kapela stroszy pazury na instrumentach, ale właśnie ów muzyczny kontrargument pod postacią trąbki, wydaje się najbardziej hipnotyzujący. Zdecydowanie za mało w takiej muzyce zderzeń klasycznego rockowego zasuwu z instrumentami zarezerwowanymi raczej dla jazzu. Tymczasem w epilogu, pod postacią utworu "Post Scriptum", wyłania się jakaś forma niepokoju. Mariusz Tomaszewski na instrumentach klawiszowych poruszająco stara się zamknąć dzieło, pozostawiając jednak uchylone drzwi. To finał, muśnięty jeszcze gitarą akustyczną, który powinien mieć swój ciąg dalszy.
Album składa się z dwunastu utworów. Dwa z nich tworzą logiczną klamrę dla "Invictus". Najpierw następuje magnetycznie brzmiący prolog, pełen tajemniczego klimatu, opartego na elektronicznej przestrzeni, w której fenomenem okazują się dźwięki trąbki gościnnie występującego Leszka Mulorza. Kapela stroszy pazury na instrumentach, ale właśnie ów muzyczny kontrargument pod postacią trąbki, wydaje się najbardziej hipnotyzujący. Zdecydowanie za mało w takiej muzyce zderzeń klasycznego rockowego zasuwu z instrumentami zarezerwowanymi raczej dla jazzu. Tymczasem w epilogu, pod postacią utworu "Post Scriptum", wyłania się jakaś forma niepokoju. Mariusz Tomaszewski na instrumentach klawiszowych poruszająco stara się zamknąć dzieło, pozostawiając jednak uchylone drzwi. To finał, muśnięty jeszcze gitarą akustyczną, który powinien mieć swój ciąg dalszy.
Niemniej zanim przejdziemy do wróżenia przyszłości, spróbujmy odpowiedzieć na pytanie o teraźniejszość. Co znajduje się w środku albumu "Invictus"?
Piękne testy - moim zdaniem trochę nawiązujące do twórczości Turbo z Tomaszem Struszczykiem, ale jednak mające swoją tożsamość - mądre, refleksyjne, zaśpiewane w języku polskim. Daje się tu usłyszeć sporo nostalgii. Zresztą, gdy słowa brzmią nostalgicznie, to i muzyka wydaje się osiągać ten sam wymiar emocji. Dobrym przykładem jest kompozycja "Powrót". Zdecydowanie artrockowy wydźwięk utworu, opartego na subtelnych partiach klawiszowych, wydaje się niemalże rozmową wokalisty z instrumentami. Kompozycja nie jest też odporna na subtelne instrumentalne przestrzenie. Całość zręczna, urocza, zapadająca w pamięć, skłaniająca do refleksji. Podobnie jest w nutach utworu "Za mało", choć w tym przypadku instrumentaliści Euphorizone dołożyli też trochę rockowego zadzioru, szczególnie na poziomie klasycznie brzmiących gitar, w zasadzie gitarowych wtrąceń, zwieńczonych efektownym solo gitarowym w finale.
Refleksyjność jest ważną częścią twórczości Euphorizone, ale w muzyce zespołu daje się także odczuć dużo tajemnicy, za którą czai się mrok. Z muzycznego efektu EKG w utworze "Mutanci" wyłania się dość ciężka, rockowa konstrukcja. Instrumentaliści dociskają na strunach i bębnach pomiędzy lirycznymi wersetami wyśpiewanymi przez Michała Gawrońskiego. Fascynują tu także elektroniczne labirynty wyrzeźbione spod dłuta Mariusza Tomaszewskiego. Zresztą elektronika stanowi trwałą część wszystkich utworów zawartych na krążku "Invictus". Czasami przejmuje wręcz dominującą rolę w obfitych partiach kolejnych numerów, jak w utworach "Promień" czy "Choć jego cień". Symptomatyczne dla Euphorizone są jednak wyraźnie oddzielone od siebie kolejne partie dźwięku. Zespół raczej nie ryzykuje łączenia w kolażu rożnych warstw muzycznych, tworząc efekt przemieszczania się pomiędzy nimi, tak jak w kompozycji "Promień" - elektronicznej, rockowej, lirycznej, a także w utworze tytułowym - poważnym, emocjonującym, zmiennym jeśli chodzi o format zaproponowanych pomysłów (pomiędzy rockiem a balladą).
Różnorodność to kolejna cecha albumu "Invictus". Hymniczne otwarcie utworu "Ukryty Lęk" mogłoby dobrze sprawdzić się na stadionach. To chyba najlepszy przykład gitarowych możliwości Krzysztofa Mistura. Brudna, gitarowa kompozycja. Na pewno mniej melancholijna, niż w przypadku pozostałych. Niosąca ze sobą ogień, który podpali niejedną rockową duszę. Jeszcze inne oblicze Euphorizone prezentuje utwór "Wystarczy". W otwarciu niemalże spopielony, trochę w konwencji post rocka, następnie na rytm dźwięku podniosłej mszy, transformuje się do ciężkiego rockowego monstrum. Sekcja gitarowo-perkusyjna zaznacza swoją obecność mocnymi stemplami. Jednak zawsze wtedy, gdy odzywa się Michał Gawroński kapela łagodnieje. Wokal tego wyrazistego muzyka jest niczym psychodeliczny narkotyk dla metalowych wycieczek pozostałych członków kapeli. W instrumentalnych przestrzeniach brzmi ona zdecydowanie mocniej, niż w towarzystwie swojego frontmana.
Finalnie toczy tu się swoista rywalizacja o słuchacza. Z jednej strony Euphorizone chce przedstawić mu, słowami swojego fantastycznie uzdolnionego wokalisty i autora tekstów, wiele pięknych prawd, jakich dziś brakuje we współczesnym świecie (...albo o nich zapomnieliśmy). Z drugiej strony zespół w sensie instrumentalnym tworzy wizytówkę swoich niebanalnych możliwości. Wszakże zarówno gitary, jak i perkusja, ale też instrumenty klawiszowe, brzmią rewelacyjne. Całość postawi więc słuchacza przed dylematem: najpierw oddać się refleksjom, czy dać porwać się muzyce? Wybór jest problemem, ale częściej jednak Euphorizone na krążku "Invictus" łączy obie te warstwy muzycznej, w zasadzie też literackiej twórczości. Album miewa więc momenty, które sprawiają, że Euphorizone powinniśmy zapamiętać i wyczekiwać kolejnych nagrań. Sądzę, że "Invictus" to urozmaicony i wielowymiarowy materiał, godny miana niezwykle udanego debiutu, ważny, potrzebny, koniecznie do usłyszenia w szerszym gronie odbiorców, ale też nieodporny na kolejne pomysły...
...w przedostatnim zdaniu dodam, ze znowu poczułem ciarki na skórze, gdy usłyszałem dźwięk trąbki w intensywnym otoczeniu rocka i elektroniki, w utworze "Pointa". Czy to więc ostatni brakujący element, aby drugi album Euphorizone aspirował już do miana klasyka? Odwagi!
Piękne testy - moim zdaniem trochę nawiązujące do twórczości Turbo z Tomaszem Struszczykiem, ale jednak mające swoją tożsamość - mądre, refleksyjne, zaśpiewane w języku polskim. Daje się tu usłyszeć sporo nostalgii. Zresztą, gdy słowa brzmią nostalgicznie, to i muzyka wydaje się osiągać ten sam wymiar emocji. Dobrym przykładem jest kompozycja "Powrót". Zdecydowanie artrockowy wydźwięk utworu, opartego na subtelnych partiach klawiszowych, wydaje się niemalże rozmową wokalisty z instrumentami. Kompozycja nie jest też odporna na subtelne instrumentalne przestrzenie. Całość zręczna, urocza, zapadająca w pamięć, skłaniająca do refleksji. Podobnie jest w nutach utworu "Za mało", choć w tym przypadku instrumentaliści Euphorizone dołożyli też trochę rockowego zadzioru, szczególnie na poziomie klasycznie brzmiących gitar, w zasadzie gitarowych wtrąceń, zwieńczonych efektownym solo gitarowym w finale.
Refleksyjność jest ważną częścią twórczości Euphorizone, ale w muzyce zespołu daje się także odczuć dużo tajemnicy, za którą czai się mrok. Z muzycznego efektu EKG w utworze "Mutanci" wyłania się dość ciężka, rockowa konstrukcja. Instrumentaliści dociskają na strunach i bębnach pomiędzy lirycznymi wersetami wyśpiewanymi przez Michała Gawrońskiego. Fascynują tu także elektroniczne labirynty wyrzeźbione spod dłuta Mariusza Tomaszewskiego. Zresztą elektronika stanowi trwałą część wszystkich utworów zawartych na krążku "Invictus". Czasami przejmuje wręcz dominującą rolę w obfitych partiach kolejnych numerów, jak w utworach "Promień" czy "Choć jego cień". Symptomatyczne dla Euphorizone są jednak wyraźnie oddzielone od siebie kolejne partie dźwięku. Zespół raczej nie ryzykuje łączenia w kolażu rożnych warstw muzycznych, tworząc efekt przemieszczania się pomiędzy nimi, tak jak w kompozycji "Promień" - elektronicznej, rockowej, lirycznej, a także w utworze tytułowym - poważnym, emocjonującym, zmiennym jeśli chodzi o format zaproponowanych pomysłów (pomiędzy rockiem a balladą).
Różnorodność to kolejna cecha albumu "Invictus". Hymniczne otwarcie utworu "Ukryty Lęk" mogłoby dobrze sprawdzić się na stadionach. To chyba najlepszy przykład gitarowych możliwości Krzysztofa Mistura. Brudna, gitarowa kompozycja. Na pewno mniej melancholijna, niż w przypadku pozostałych. Niosąca ze sobą ogień, który podpali niejedną rockową duszę. Jeszcze inne oblicze Euphorizone prezentuje utwór "Wystarczy". W otwarciu niemalże spopielony, trochę w konwencji post rocka, następnie na rytm dźwięku podniosłej mszy, transformuje się do ciężkiego rockowego monstrum. Sekcja gitarowo-perkusyjna zaznacza swoją obecność mocnymi stemplami. Jednak zawsze wtedy, gdy odzywa się Michał Gawroński kapela łagodnieje. Wokal tego wyrazistego muzyka jest niczym psychodeliczny narkotyk dla metalowych wycieczek pozostałych członków kapeli. W instrumentalnych przestrzeniach brzmi ona zdecydowanie mocniej, niż w towarzystwie swojego frontmana.
Finalnie toczy tu się swoista rywalizacja o słuchacza. Z jednej strony Euphorizone chce przedstawić mu, słowami swojego fantastycznie uzdolnionego wokalisty i autora tekstów, wiele pięknych prawd, jakich dziś brakuje we współczesnym świecie (...albo o nich zapomnieliśmy). Z drugiej strony zespół w sensie instrumentalnym tworzy wizytówkę swoich niebanalnych możliwości. Wszakże zarówno gitary, jak i perkusja, ale też instrumenty klawiszowe, brzmią rewelacyjne. Całość postawi więc słuchacza przed dylematem: najpierw oddać się refleksjom, czy dać porwać się muzyce? Wybór jest problemem, ale częściej jednak Euphorizone na krążku "Invictus" łączy obie te warstwy muzycznej, w zasadzie też literackiej twórczości. Album miewa więc momenty, które sprawiają, że Euphorizone powinniśmy zapamiętać i wyczekiwać kolejnych nagrań. Sądzę, że "Invictus" to urozmaicony i wielowymiarowy materiał, godny miana niezwykle udanego debiutu, ważny, potrzebny, koniecznie do usłyszenia w szerszym gronie odbiorców, ale też nieodporny na kolejne pomysły...
...w przedostatnim zdaniu dodam, ze znowu poczułem ciarki na skórze, gdy usłyszałem dźwięk trąbki w intensywnym otoczeniu rocka i elektroniki, w utworze "Pointa". Czy to więc ostatni brakujący element, aby drugi album Euphorizone aspirował już do miana klasyka? Odwagi!
Ocena: 8/10
O albumie w skrócie...
Skład: Michał Gawroński (w), Krzysztof Mistur (g), Mariusz Tomaszewski (ik), Adam Majewski (b), Maciej Gańczak (p) oraz gościnnie oby nie ostatni raz Leszek Mulorz (trąbka)
|
|
| Tracklista: 1. Prolog 2. Promień 3. Za mało 4. Invictus 5. Mutanci 6. Ogród 7. Wystarczy 8. Powrót 9. Choć jego cień 10. Ukryty lęk 11. Pointa 12. Post Scriptum Rok wydania: 2023 | Kraj: Polska Produkcja: Euphorizone Dystrybucja: Euphorizone Gatunek: Art Rock |
Podsumowując:
"[...] to urozmaicony i wielowymiarowy materiał, godny miana niezwykle udanego
debiutu, ważny, potrzebny, koniecznie do usłyszenia w szerszym gronie
odbiorców, ale też nieodporny na kolejne pomysły"
Konrad Sebastian Morawski
*Polub Progresję Po Zmroku na facebooku i bądź na bieżąco z aktualnymi recenzjami.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz