środa, 18 kwietnia 2018

Disconnected "White Colossus" (recenzja)

Powołana we francuskim Troyes kapela Disconnected zadebiutowała właśnie dużym albumem zatytułowanym "White Colossus". Materiał wydany nakładem Apathia Records dobrze odzwierciedla muzyczną filozofię Adriana Martinota, Ivana Pavlakovicia, Auréliena Ouzouliasa, Romina Manogila i Romaina Laure, którzy proponują słuchaczom nowoczesny metal rzekomo wypełniony wpływami takich kapel jak Alter Bridge, Gojira czy Deftones. Muzyka zawarta na "White Colossus" brzmi żywiołowo, postępowo i progresywnie. Trzeba bowiem sobie uświadomić, że oprócz wymienionych inspiracji Disconnected próbuje kreować swój samodzielny styl, oferując w tej próbie wyjątkowo przekonywującą twórczość, za którą kryją się solidne przygotowanie techniczne muzyków zespołu oraz ich wizjonerskie podejście do metalu progresywnego.

Premierowy album francuskiej kapeli zawiera dziesięć kompozycji. Muzycy Disconnected już na starcie wyprowadzają kilka potężnych ciosów w utworze "Living Incomplete". Soczyście brzmiące riffy gitarowe, aktywna perkusja i balansujący pomiędzy growlem a czystymi partiami wokal okazują się prostą, ale skuteczną metodą na współczesny prog metal. Szybkie tempo utworu, podszyte technicznymi popisami instrumentalistów i krótką, acz przejmującą przestrzenią, stanowi jakże zachęcające otwarcie albumu "White Colossus". Jest w tym też sporo nośnego klimatu. To więc kompozycja doskonała na singla, tak jak zresztą się stało, bowiem jej zwarta formuła daje dobre wyobrażenie o możliwościach Disconnected. W zawartości debiutanckiego albumu zespołu znalazło się jeszcze kilka utworów o podobnym zagęszczeniu środków instrumentalnych. W tytułowym "White Colossus" kapela z Troyes nie jest tak agresywna, jak w otwarciu albumu, a utwór opiera się technicznym kunszcie gitarzysty Adriana Martinota i perkusisty Auréliena Ouzouliasa, którzy w finale proponują serię porywających wypuszczeń. Całość brzmi bardzo nowocześnie, zrywając zarazem z nawiązaniami do klasyków metalu. Podobnie jest w przypadku utworu "The Wish", w którym grupa łączy agresję, szybkość i nośne patenty, tak jakby próbowała przygotować ten numer na drugiego singla.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Bjorn Riis "Coming Home" (recenzja)

Zanurzając się w oceanie melancholii Bjorn Riis zaprezentował mały album pt. "Coming Home". Krążek, którego długość trwania nie przekracza pół godziny, zawiera pięć utworów, będących wszystkim tym, czego można się spodziewać po norweskim artyście. Wśród bogatych, niezwykle melancholijnych przestrzeni, dominują partie gitary, do których leniwą narrację tworzy Riis. Mały album "Coming Home" jest więc logiczną kontynuacją dwóch poprzednich longplayów Norwega, tj. "Lullabies In A Car Crash" z 2014 roku i "Forever Comes To An End" z 2017 roku. To wciąż także mroczna odmiana twórczości Airbag (...jeszcze bardziej mroczna!), w którą Riis też jest przecież w całości zaangażowany.

W każdym razie trudno wyczuć jakie motywacje przyświecały Norwegowi, aby akurat teraz wydać "Coming Home". Za artystami - szczególnie tymi z Oslo w sercu - trudno nadążyć. Wszyscy więc miłośnicy melancholii spod znaku Bjorna Riisa i Airbag otrzymali właśnie możliwość prześledzenia, co słychać w tej kolebce nietypowej progresji. Warto jednak uświadomić sobie, że album wydany przy zachowaniu pełnego minimalizmu nie należy do najtańszych, co w zestawieniu z czasem jego trwania i - co gorsza - samą muzyką może doprowadzić do konsternacji potencjalnych słuchaczy. Co więc kryje się w tym dziele sygnowanym imieniem i nazwiskiem Bjorn Riis?

niedziela, 1 kwietnia 2018

Spock's Beard "Noise Floor" (recenzja)

Trzy lata temu w mojej recenzji albumu "The Oblivion Particle" zastanawiałem się czy Spock's Beard stać jeszcze na zarejestrowanie najważniejszego dzieła w swojej dyskografii. W erze po odejściu Neala Morse'a ta sztuka wydaje się trudna do zrealizowania. Spock's Beard od siedmiu lat gra i tworzy w stabilnym składzie, tj. Alan Morse, Dave Meros, Ryo Okumoto i Ted Leonard. Ponadto w 2017 roku do nagrań studyjnych zespołu powrócił esencjonalny członek kapeli Nick D'Virgilio. Jednak to wszystko nie wystarczyło, aby zarejestrować dobry materiał, bo trudno za taki uznać trzynasty album zespołu zatytułowany "Noise Floor".

Na wydawnictwo złożyły się dwie płyty, tj. regularna oraz dodatkowa EP pt. "Cutting Room Floor", na której zamieszczono utwory zarejestrowane podczas sesji do "Noise Floor". Sami muzycy Spock's Beard twierdzą, że w swojej twórczości od kilku lat podążają szlakiem ewolucji, nazywając się kapelą progresywną, która poszukuje nowych rozwiązań, aby zwrócić na siebie uwagę. W istocie w zawartości "Noise Floor" znalazło się trochę miejsca na eksperymenty z brzmieniem zespołu, zaś niektóre utwory wyprowadzają Spock's Beard na niezbadane dotąd rejony jej twórczości. Warstwa eksperymentalna nie jest tu jednak zbyt rozległa. Kapela trzyma się rdzenia swojego prog rockowego stylu, nawiązując do poprzednich nagrań (szczególnie z ostatnich lat), co oznacza, że na krążku "Noise Floor" można spodziewać się dużej liczby melodii, popisów instrumentalnych, a także nieznacznie odczuwalnej dawki mroku. Nad albumem nie rozciąga się natomiast żaden koncept. To kolekcja ośmiu niezależnych utworów, będących świadectwem aktualnych możliwości Spock's Beard.

wtorek, 20 marca 2018

Angra "ØMNI" (recenzja)

Przy okazji poprzedniego albumu studyjnego brazylijskiej kapeli Angra, twierdziłem, że zabrakło mu magii. To był dobry, solidny album, ale kto dziś tak naprawdę pamięta o "Secret Garden"? Wyjątkowość albumów - rzeczona magia - sprawia, że pamiętamy o muzyce latami. Angra doczekała się już masowej pamięci w Brazylii, ale jej przebijanie się na rynek europejski wydaje się procesem dość karkołomnym. Trudno w zasadzie zrozumieć taki obrót spraw. Przecież regionalne akcenty, których nie zabrakło też w zawartości nowego, tegorocznego albumu, świadczą o wyraźnej tożsamości zespołu z Sao Paulo. Być może problem tkwi w częstych zmianach składu, które to dotknęły także Angrę w przypadku dziewiątego dużego krążka studyjnego. Niemniej w tym przypadku określenie "problem" wydaje się zupełnie nie na miejscu. Otóż krążek zatytułowany "ØMNI” to jeden z najlepszych materiałów Brazylijczyków w ostatnich latach.

W pracach nad dziełem wyłącznie symboliczną solówkę zarejestrował Kiko Loureiro, który przed trzema laty zasilił szeregi Megadeth. Ten uzdolniony i wszechstronny gitarzysta formalnie pozostaje w szeregach Angry, ale jego status należy określić jako zawieszony. Ma to swoje dobre strony. Przecież Angra w ten sposób dowodzi, że jej esencjonalny gitarzysta jest w stanie poradzić sobie w wielkim Megadeth. Cierpi na tym oczywiście instrumentalna strona twórczości zespołu, ale następca Loureiro, tj. znany na brazylijskiej scenie prog metalu Marcelo Barbosa, okazuje się godnym zmiennikiem słynnego gitarzysty. W tym miejscu warto też podkreślić, że album "ØMNI” powstawał w Szwecji pod okiem Jensa Bogrena, a rozpiętość wpływów krążka sięga od brazylijskiego stanu Bahia, poprzez rasowe amerykańskie i europejskie inspiracje metalem, zataczając krąg do samego serca Angry - Sao Paulo. Wszystkie te wpływy daje się bardzo wyraźnie odczuć w zawartości albumu "ØMNI”, będącego zaiste prog metalową areną regionalnej brazylijskiej wrażliwości, drapieżnego klimatu niemalże w skandynawskim stylu i wielu urozmaiceń, które ten krążek czynią dziełem wielowątkowym.