czwartek, 15 czerwca 2017

The Night Flight Orchestra "Amber Galactic" (recenzja)

Płyta "Amber Galactic" to trzeci duży album szwedzkiej kapeli The Night Flight Orchestra. Jej główny urok polega na tym, że tworzą ją muzycy gruntownie powiązani ze szwedzką melodyjną sceną death metalową, tj. lider Soilwork, charakterystyczny Björn "Speed" Strid, gitarzysta tej kapeli David Andersson, czy też basista Arch Enemy Sharlee D'Angelo, podczas gdy klimat muzyki proponowanej przez zespół to celebracja klasycznego rocka, AOR i rocka progresywnego. W sumie więc Speed piszący i śpiewający klasyczne rockowe kawałki musi być zjawiskiem na scenie rockowej. W dodatku muzyka tworzona przez tych zadziornych zawodników sprawdza się i brzmi znakomicie. Okazuje się bowiem, że "Amber Galactic" to kolejny świetny materiał The Night Flight Orchestra, który łamie wyobrażenia i przenosi do czasów, gdy rock naprawdę coś znaczył.

Muszę jednak w tym miejscu dodać, że obecny skład The Night Flight Orchestra uzupełniają muzycy związani z mniej drapieżnymi klimatami, nawet jeśli chodzi o porównanie do melodyjnej sceny death metalu. Otóż w kapeli na instrumentach klawiszowych gra wywodzący się z rockowego Von Benzo Richard Larsson, zaś perkusję obsadził Jonas Källsbäck, który może być znany fanom power metalowego Mean Streak. Najbardziej enigmatyczny z tego towarzystwa wydaje się Sebastian Forslund, powiązany z dość tajemniczym zespołem Kadwatha. Mniejsza jednak o innych, gdy chodzi o The Night Flight Orchestra i album "Amber Galactic", który w towarzystwie seksownych dowódców kosmicznych w wersji żeńskiej, ich podbojów, krwi oraz powiązanych ze sobą uczuć i emocji, okazuje się więcej, niż tylko muzycznym doświadczeniem. Ten album to prawdziwa przygoda, łącząca retro rocka i progresję.

środa, 7 czerwca 2017

Bent Knee "Land Animal" (recenzja)

Młoda, choć doświadczona już amerykańska formacja Bent Knee zarejestrowała właśnie swój czwarty duży album studyjny pt. "Land Animal". To album pozbawiony wspólnych mianowników, tak jak trzy poprzednie nagrania tego zespołu z Bostonu, który najwyraźniej wszelkimi sposobami, a przede wszystkim swoją ogromną kreatywnością, pragnie uniknąć zaszufladkowania. Bent Knee to nazwa, które nie wzbudza skojarzeń z konkretnym gatunkiem muzyki. To czysta kreacja niezwykle utalentowanych, owianych jeszcze w Europie pewną aurą tajemnicy muzyków. Ich najnowsze dzieło zatytułowane "Land Animal" powinno utrwalić obecność kapeli w masowej świadomości. 

W twórczości sześcioosobowego składu Bent Knee daje się usłyszeć szerokie wpływy, od art rocka i progresji, przez minimalistyczne, ujmujące pejzaże, ku nawet elementom popu, tak jakby zespół wciąż nie był pewny swojego stylu... a może ta różnorodność jest właśnie wyznacznikiem stylu zespołu z Bostonu? Wszystko na to wskazuje, ponieważ "Land Animal" to już przecież czwarty krążek formacji, na którym dzieje się naprawdę dużo! Zacznijmy jednak od warstwy lirycznej. Otóż każdy z utworów zawartych na "Land Animal" mówi o borykaniu się z problemami, głównie tymi w szerszej skali społecznej, takimi jak globalne ocieplenie, relacje międzyludzkie, które zeszły do poziomu cyfrowego, rasizm, czy też polaryzacja społeczna wynikająca z opowiadania się ludzi po którejś z nośnych i na ogół pustych idei. Bent Knee mówi, że współczesne społeczeństwa nie potrafią ze sobą rozmawiać. Ba! Kapela opowiada też o problemach już na poziomie rodziny, które później przekładają się na systemy społeczne. Album nie ma wymowy politycznej, jak zapewnia perkusista Gavin Wallace-Ailswort, ale o politykę się ociera, kwestionując jej zakłamanie i cynizm.

sobota, 3 czerwca 2017

Ayreon "The Source" (recenzja)

Wielki Arjen Anthony Lucassen, niesamowici i doświadczeni instrumentaliści, kilkunastu wokalistów, wielowątkowa historia, iście królewski rozmach i światowa produkcja. To przecież kolejny album Ayreon.

Holenderski projekt, mający już dziś status legendy, doczekał się dziewiątego albumu studyjnego zatytułowanego "The Source". To zarazem w sensie fabularnym prequel wydawnictwa "01011001" z 2008 roku, czyli de facto też wszystkich pozostałych albumów Ayreon. W tegorocznym dziele najbardziej osławionego projektu Arjena Lucassena można więc spodziewać się konwencji science fiction, w której główne role odgrywają przodkowie ludzi, czyli znana już słuchaczom Ayreon rasa Odwiecznych. Na dwóch krążkach tworzących "The Source" poznajemy jej historię sięgającą planety Alpha w Galaktyce Andromedy, gdzie Odwieczni wiedli spokojny żywot. Jednak ta opowieść, podzielona na cztery części (kroniki), będzie mówiła o zniszczeniu planety Alpha oraz ucieczce dramatycznie wyselekcjonowanych jej mieszkańców, którzy wspomagani specjalnym lekiem, tytułowym Źródłem, wkrótce staną się kolonizatorami nowego świata. Ocaleni przedstawiciele rasy Odwiecznych nabędą zdolność do życia pod wodą, gdzie będą komunikować się ze sobą na zasadzie telepatii, stając się w zasadzie nieśmiertelnymi. Ich ucieczka z rodzimej planety, emocje związane z kolonizacją nowego świata, towarzysząca im nadzieja w tej samej mierze, co i strach, a także zachodzące pomiędzy nimi relacje, w tym z obecnym wśród nich robotem, okazują się pasjonującą historią, która pyta o kondycję ludzi poddawanych zagrożeniom (prowokującym te zagrożenia) oraz weryfikuje ich zdolność do budowy nowego świata. Album zadaje też pytania o miejsce ludzi we wszechświecie. Ważnym aspektem dzieła "The Source" są także maszyny. Jedna z nich w wyniku nieodpowiedzialnych decyzji politycznych doprowadziła do zniszczenia planety Alpha, poddając sens istnienia ludzkości. Kolejna, na pozór wierna ludziom, może wkrótce okazać się nową formą zagłady. Ayreon zadaje więc aktualne pytania o równowagę pomiędzy światem ludzi i światem maszyn. Czy czasem nie została ona zachwiana?

poniedziałek, 29 maja 2017

Dr Misio "Zmartwychwstaniemy" (recenzja)

Żyjemy w dobrych czasach dla polskiej muzyki, bo ta znowu stała się potrzebna. Po latach w miarę wygodnego, ustabilizowanego, ale też nieco leniwego i bezproduktywnego życia, w biało-czerwonej krainie znowu wszystko zaczęło się psuć. Potrzebny jest bunt! Polska muzyka rockowa miała dotąd dwie główne fale buntu - pierwszą w czasach PRL, szczególnie w okresie stanu wojennego, drugą w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, gdy w społeczeństwie rzuconym na pożarcie demokracji zaczęły wyłazić rozmaite patologie. Obecnie kształtuje się trzecia fala polskiego buntu w muzyce rockowej. To bunt przeciwko nadużyciom władzy, warczącym psom na jej usługach, a także podgniłym autorytetom moralnym owiniętym zasłoną przebrzmiałych treści i postaw. Polscy twórcy rocka buntują się także przeciwko bezrefleksyjnemu społeczeństwu, które przeistacza się w gatunek homo lemmini. Na czele buntowników staje dziś Arkadiusz Jakubik i jego kapela Dr Misio, która wydała właśnie trzeci album studyjny pt. "Zmartwychwstaniemy".

Mówiąc w tym przypadku o rocku, muszę z typowo dziennikarskiego obowiązku wymienić kilka innych, mniej lub bardziej precyzyjnych definicji, tj. art rock, rock and roll i poezja rockowa, które dziś próbują opisywać muzykę tworzoną przez Dr Misio. W rzeczywistości trzeci duży album zespołu nie kłania się definicjom, a panowie w składzie Arkadiusz Jakubik, Paweł Derentowicz, Mario Matysek, Radek Kupis i Janek Prościński po prostu robią swoje. To, do czego przyzwyczaili słuchaczy na dystansie dwóch poprzednich krążków, choć może tym razem nieco obniżając siłę i tempo brzmienia instrumentów, za to zbliżając się do klimatu naznaczonego zadymionym, starym klubem ("Za Dużo", "Klubokawiarnia Smutek"). Trzeci duży album Dr Misio okazuje się nieco mniej rock and rollowy, niż to dotąd bywało, a czasem daje się tu usłyszeć wyraźne fragmenty elektroniczne ("Mordor", "Nonsens", "Hejter", "Po Nas", "Halina"), tudzież kombinacje szlachetnego, poetyckiego rocka z chodnikową narracją ("Zmartwychwstaniemy", "Ochroniarz"), które okazują się nad wyraz szczere i przystępne w swojej formie. Niewiele jednak stacji radiowych będzie grało nowy album Dr Misio, ponieważ to muzyka zbyt ambitna, a zarazem naznaczona niewygodnym buntem.