poniedziałek, 11 czerwca 2018

Amorphis "Queen Of Time" (recenzja)

Na trzynastym dużym albumie Amorphis zatytułowanym "Queen Of Time" dowiadujemy się, że jedna iskra może wywołać pożar, który jest w stanie spalić cały świat, a jedna idea może dać początek istnieniu całej kultury, jak również położyć jej kres. Fińska kapela rozważa rozwój ludzkości i świata poprzez procesy życia i umierania, dociera do pradawnych ludów, aby na ich przykładzie opowiedzieć swoim słuchaczom o historii poszukiwania, znajdowania i zapominania o tym kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Album "Queen Of Time" jest więc albumem o ludziach, ale też o siłach, które rządzą odwiecznymi prawami natury. Opierając się na zręcznych metaforach, jaką jest m.in. pszczoła, kapela mówi, iż najdrobniejsza rzecz może być czasami najważniejsza. Bez pszczół nie istniałoby życie na Ziemi. W tych strukturach bytu ludzkiego czai się więc ocena kondycji współczesnego człowieka, w tym filozofia jego rozwoju i upadku.

Amorphis to już utrwalona tożsamość. Od ostatniego albumu zespołu, wydanego przed trzema laty "Under The Red Cloud", do jego składu wrócił basista Olli-Pekka Laine, ale nie zmienia się styl Amorphis. Słyszymy kilka dźwięków, czy też dwie linijki tekstu wyśpiewanego przez Tomiego Joutsena i błyskawicznie zdajemy sobie sprawę z jaką kapelą mamy do czynienia. Tak też jest w przypadku albumu "Queen Of Time". To kolejne mocne wydawnictwo w dyskografii Amorphis, choć trzeba przyznać, że zaczyna się nietypowo. Wszakże elektroniczne otwarcie kompozycji "The Bee" tej nietypowości dowodzi w pełnym jej wymiarze. Nie upływa jednak nawet trzydzieści sekund, aby muzycy Amorphis wprowadzili się do swojego własnego, świadomego stylu. Wgniatające w ziemię wymiany pomiędzy ostrą deathową warstwą twórczości zespołu a jej subtelnymi odcieniami, czynią utwór "The Bee" mocnym sygnałem, że dalsza część albumu "Queen Of Time" będzie ten klimat potęgować. To świetny numer. Jeden z reprezentatywnych przykładów dziedzictwa, jakie już dziś niesie z sobą twórczość Amorphis.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Lunatic Soul "Under The Fragmented Sky" (recenzja)

Gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią, a także pomiędzy Lunatic Soul wczoraj i dziś. Trudno powiedzieć co się stało z ostatnią dekadą życia każdego człowieka wrażliwego na muzykę, w ogóle gatunku ludzkiego, ale za formę znaków odzwierciedlających naszą kondycję mogą uchodzić kolejne nagrania Lunatic Soul. W swojej twórczości solowej Mariusz Duda podjął się próby eksploracji stanu duchowego ludzi. Kolejne jego płyty w sensie muzycznym przeszły od etnicznego, korzennego i rockowego brzmienia do nowoczesnych form ambientu i elektroniki. Jego twórczość ukazywała ludzi rozbitych, wewnętrznie skonfliktowanych i nieprzystających do rzeczywistości. W muzyce Lunatic Soul, jak również w słowach do niej napisanych, często wyłaniały się strach, rozdarcie i niepewność. Tyle, że Mariusz Duda oprócz definiowania stanu współczesnego człowieka, badał też alternatywne formy jego egzystencji - docierał do korzeni istnienia, aby równocześnie rozważać metafizyczne wymiary bytu. Ta twórczość obchodzi w tym roku dziesięciolecie. Niezłym podsumowaniem tego okresu jest album zatytułowany "Under The Fragmented Sky".

Trudno, wbrew etykietom, nazwać ten krążek małym albumem. Przeszło trzydzieści sześć minut czasu trwania czyni dzieło pełnoprawnym longplayem, choć warto sobie uświadomić, iż bazą do materiału zawartego na krążku była sesja do ostatniej płyty Lunatic Soul pt. "Fractured". Mariusz Duda przyznał jednak, że "Under The Fragmented Sky" rozrósł się nieoczekiwanie, dlatego też otrzymujemy nowe nagranie, będące zresztą - tu po raz kolejny głos zabiera autor - możliwością pełniejszego wyrazu wcześniej wspominanego ostatniego albumu Lunatic Soul. W sumie więc w zawartości "Under The Fragmented Sky" znalazło się osiem utworów, które wytrawnie wpisują się w dziesięciolecie działalności solowej Mariusza Dudy. To Lunatic Soul jaki znaliśmy, jaki znamy i jaki będziemy poznawać, czyli kolejna dawka uduchowionej emocjonalności, wobec której muzyka wydaje się tunelem do artystycznej wizji życia i umierania.

czwartek, 31 maja 2018

Ihsahn "Àmr" (recenzja)

Nastała noc. Nie ma miłości, bólu i wolności. Przykryły je kurz i piachy współczesnego świata. Przeznaczeniem ludzkości są krew i łzy, a także postępująca samotność. Noc jest drugą naturą człowieka - tego samego człowieka, który współcześnie upada wraz z otaczającą go cywilizacją. W takiej oto wyrafinowanej wizji rozpadającego się świata Ihsahn odzywa się do słuchaczy na swoim siódmym dużym albumie zatytułowanym "Àmr". Muzyk konsekwentnie roztacza filozofię na temat kondycji współczesnego człowieka. W jego artystycznej wizji człowieczeństwa XXI wieku czai się dużo zła, mroku i zwątpienia. Ihsahn stawia jednak na indywidualizm. Mimo wszystko wierzy, że człowiek przetrwa, choć to przetrwanie zawęża go wąskiej grupy ludzi, którzy nie utopili się jeszcze w przebrzmiałych systemach społecznych i religijnych. W sumie więc "Àmr" to manifest, "Àmr" to wołanie, do nas wszystkich, którzy chcą słuchać muzyki uwolnionej od wpływów zgubnej cywilizacji.

Wyrafinowane w muzyce Ihsahna są nie tylko słowa. Wywodzący się z blackmetalowej ekstremy artysta, mający w swoim solowym dorobku takie esencjonalne albumy jak "Artkis.", sięga dziś po muzykę łączącą swoje własne korzenie z nowoczesnymi formami twórczości. Norweg jest wściekły, ale tej wściekłości nadaje wyjątkowego kształtu. Już otwierający album utwór "Lend Me The Eyes Of Millennia" dowodzi, że w ponure frazesy twórczości Ihsahna wkradło się znacznie więcej, niż dotychczas to bywało, elektroniki. W intensywnym, nawiązujących do mrocznych korzeni artysty instrumentarium, zagnieździło się sporo nowoczesnych form elektronicznych. Tak oto ostre jak brzytwa instrumenty, taki też wokal Norwega, spotykają się na dystansie utworu "Lend Me The Eyes Of Millennia" z paczkami dźwięków, do których dotąd Ihsahn nie rościł sobie pretensji. Efekt szoku może być porównywalny do 1986 roku, gdy kapela Iron Maiden wypuściła album "Somewhere In Time"...

niedziela, 27 maja 2018

Gazpacho "Soyuz" (recenzja)

Kariera Gazpacho nie nabiera rozpędu. Wcale nie musi. Dziesiąty duży album norweskiej kapeli dobrze wpisuje się w jej dotychczasową twórczość. Jest dziełem pełnym, logicznym i dającym słuchaczom szansę na głęboką refleksję. Materiał zatytułowany "Soyuz" symbolicznie opowiada o misji kosmicznej Związku Radzieckiego pod nazwą Sojuz 1, w wyniku której śmierć w 1967 roku poniósł legendarny astronauta Władimir Komarow. Ta opowieść okazuje się pretekstem do rozważań na temat problemu egzystencji człowieka we wszechświecie. Kolejne utwory na dystansie albumu oddają jakby psychologiczne etapy misji radzieckiego kosmonauty, co w niezwykle wymowny sposób akcentują także wspaniałe grafiki Antonio Seijasa, aczkolwiek ten portret człowieka dryfującego w wadliwym statku kosmicznym może być także interpretacją człowieka współczesnego. Nasze życie, jak można wywnioskować z narracji zaproponowanej przez Gazpacho, często otacza wadliwość. Objawia się to w rozmaity sposób, czy to na poziomie wewnętrznych doznań, czy świata, który do nas dociera. Dryfujemy po życiu, niczym Komarow w przestrzeni, gdzie napotykamy problemy. Czasem spodziewamy się śmierci, choć próbujemy zapobiec jej nieuchronności. Czy więc, tak jak mówi album "Soyuz", każdy z nas w swoim własnym życiu prędzej czy później staję się Komarowem?

Dziesiąty duży album Gazpacho otwierają magnetyczne, głębokie dźwięki w utworze "Soyuz One". Leniwy, klasycznie progresywny wokal Jana-Henrika Ohme rozkłada się tu na instrumentach muzyków Gazpacho, niczym gwiazdy na nieboskłonie. To wprowadzenie do albumu "Soyuz", wpisujące się w wyborne standardy rocka progresywnego, dobrze oddaje klimat twórczości norweskiego zespołu. Trzeba tu jednak przyznać, że partie smyczkowe Mikaela Kromera w finałowej części utworu mogą wywołać niemałą konsternację - odważnie łamią nastrój utworu, aby wprowadzić się do następującego tuż po nim hołdu dla Muse pod postacią kompozycji "Hypomania". Gazpacho w rockowej histerii zaprezentowanej w tym numerze - changing, fading, disintegrating, making - osiąga przystępny, adresowany do szerokiego grona odbiorców styl. Brzmi bardzo jak Muse, porzucając na chwilę prog rockową klasykę, na której przecież norweska kapela wyrosła. Tego typu eksperymentalizm w twórczości Gazpacho wygasa w kolejnym utworze na krążku "Soyuz". Skromna w instrumenty kompozycja "Exit Suite" oferuje słuchaczowi melancholijną balladę, napełniając go smutkiem i strachem przed przemijaniem. Pulsujące w tle instrumenty klawiszowe i nieśmiała gitara stanowią jakby soundtrack do starzejącej się duszy człowieka, tak zresztą jak śpiewa Jan-Henrik Ohme... the years are hurting me...