niedziela, 23 lipca 2017

Postcards From Arkham "MANTA" (recenzja)

Niecałe dwa lata temu na łamach Progresji Po Zmroku zasygnalizowałem, że warto zapoznać się z Postcards From Arkham, ale dotąd o projekcie, którego głównym twórcą jest Marek Frodys Pytlik nie napisano w polskich mediach zbyt wiele. To niezrozumiałe. Postcards From Arkham istnieje i tworzy piękną muzykę, a o możliwościach projektu w wersji koncertowej mogli ostatnio przekonać się uczestnicy Castle Party w Bolkowie. Twórczość wywodzącego się z Republiki Czeskiej projektu powinna też wejść do stałego repertuaru zainteresowań pasjonatów prozy wielkiego Howarda Phillipsa Lovecrafta, będącego in memoriam patronem tej niezwykle interesującej muzyki. Bieżący rok, poza wspomnianym koncertem Postcards From Arkham w ramach Castle Party w Bolkowie, daje jeszcze jeden dobry pretekst do zapoznania się muzycznymi wizjami na temat twórczości Lovecrafta. Oto bowiem na rynku pojawił się następca fascynującego albumu "ÆØN5", czyli dzieło zatytułowane dość niepozornie "MANTA". 

Pozory kończą się, gdy przychodzi rozszyfrować tytuł nowego albumu Postcards From Arkham. Otóż według głównego autora "MANTA" to symbol czarnej magii, majestatycznej i mądrej, tej, o którą w swojej twórczości dopominał się Howard Phillips Lovecraft. W sumie więc w otoczeniu demonów z Providence nowy album Postcards From Arkham powinien być prawdziwą spirytualną ucztą dla słuchaczy zaangażowanych w mroczną, często też gwałtowną celebrację uśpionych zakątków duszy i umysłu. To dzieło, które balansuje na krawędziach wyobrażeń o świecie nierzeczywistym, a jego przesłanie dodatkowo wzmacnia większy ładunek agresji, niż było to w przypadku poprzednich nagrań projektu. Nie ma jednak w tym nic dziwnego, ponieważ Marek Frodys Pytlik zajmuje się też tworzeniem ekstremalnych odmian metalu, stąd w filozofii jego twórczości muszą w naturalny sposób łączyć się ze sobą elementy progresywne, atmosferyczne i ekstremalne. Taka też była przecież twórczość niedoścignionego mistrza grozy z Providence, czyli balansująca pomiędzy rzeczywistością a szaleństwem, uduchowiona, ale i potępiona w swym nadnaturalnym stylu. Taka jest także twórczość Postcards From Arkham, taki jest album "MANTA".

czwartek, 20 lipca 2017

Tuesday The Sky "Drift" (recenzja)

Jim Matheos jest żywą legendą metalu progresywnego. Ten ceniony gitarzysta, współtwórca kultowego Fates Warning i znakomitego OSI, a także współautor wielu świetnych nagrań, przesunął się w tym roku w kierunku eksperymentu, czego dowodzi jego album w ramach projektu Tuesday The Sky zatytułowany "Drift". Instrumentalny materiał (z umownym wyłączeniem utworów "Vortex Street", "Westerlies" i "Roger, Gorgo") cechuje się melancholijną atmosferą, którą budują ambientowe przestrzenie i riffy gitarowe Matheosa. To muzyka nieodporna też na wpływy post rocka, a także poddająca się progresywnej nieprzewidywalności. Album co najmniej warty zauważenia.

Geneza Tuesday The Sky bierze się z metalu progresywnego. Otóż jeden z utworów dziś tworzących album "Drift" powstał jako kompozycja bonusowa jeszcze z myślą o ostatnim krążku Fates Warning pt. "Theories Of Flight", aczkolwiek wówczas członkowie tego zespołu uznali, że numer nie pasuje do koncepcji płyty nawet w wydaniu bonusowym. Jim Matheos nie chcąc jednak pozostawić w szufladzie swojego nagrania utworzył Tuesday The Sky, projekt biegunowo inny od prog metalowego stylu Fates Warning, odróżniający się też od i tak już niestandardowego OSI. Granice eksperymentu w wykonaniu Matheosa, w porównaniu do jego poprzednich nagrań solowych, zostały więc mocno przesunięte, gdzieś w kierunku twórczości takich artystów jak Brian Eno, Boards Of Canada, Sigur Ros czy Explosions in The Sky. W tym przesuwaniu granic swojej muzycznej wrażliwości Matheosowi pomogli znany z God Is An Astronaut perkusista Lloyd Hanney, a także wywodząca się z indie rocka wokalistka Anna Lynne Williams i wizjonerski Kevin Moore.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Next To None "Phases" (recenzja)

W lipcu tego roku upłynęło dwadzieścia pięć lat od premiery albumu "Images and Words" Dream Theater. Słynny dziś krążek utorował tej kapeli drogę do wielkiego muzycznego świata, stając się prawdziwym klasykiem metalu progresywnego. Dlaczego o nim piszę przy okazji nowego albumu Next To None zatytułowanego "Phases"?

Na pozór analogii jest sporo. Po pierwsze, co wydaje się najłatwiejszym skojarzeniem, Dream Theater i Next To None łączy nazwisko Portnoy, czyli wspólne muzyczne geny ojca i syna, perkusistów na różnych drogach życiowych. Mike największe nagrania ma już za sobą, w tym karierę w Dream Theater, zaś Max jest u progu działalności w muzyce, w której bez wątpienia będzie inspirował się dokonaniami ojca, przy okazji mierząc się z licznymi porównaniami i odniesieniami.
Po drugie "Phases" to drugi album Next To None, tak jak drugim dziełem w dyskografii Dream Theater był "Images and Words". Po trzecie w składzie Next To None przed wydaniem drugiego albumu doszło do zmiany. Miejsce gitarzysty Rylanda Hollanda zajął Derrick Schneider, a przecież w Dream Theater przed premierą "Images and Words" też doszło do zmiany, choć w tamtym przypadku chodziło o wokalistę. Chciałby się też napisać po czwarte, ale "Phases" nie ma szans, aby stać się klasykiem na miarę wielkiego dzieła Dream Theater. Ba! To kolejny studyjny niewypał tej młodej kapeli. Od tej płyty rozbolała mnie głowa!

sobota, 8 lipca 2017

Pink Floyd "The Division Bell" (retro)

Piękne, trochę niepewne wrześniowe popołudnie. Słońce zachodzi szybciej, niż zwykle. W powietrzu unosi się jakaś niewypowiedziana magia. Wkładam do odtwarzacza płytę zatytułowaną "The Division Bell", którą w 1994 roku wydała grupa Pink Floyd. Moje dziś następuje kilka lat później od tego wydania. Zamykam oczy, odliczam kolejne sekundy, do których rytmicznie dostosowują się bicie mojego serca i tchnienia mojej duszy. Pomieszczenie, w którym słucham muzyki wypełnia magia porównywalna do wrześniowego popołudnia. Wraz z kolejnymi, jakże delikatnymi partiami utworu otwierającego albumu ("Cluster One"), doświadczam czegoś wyjątkowego. To uczucie, które na zawsze wpłynie na mój gust muzyczny. To jeden z wyjątkowych albumów Pink Floyd, który jednak nie zawsze bywa odpowiednio doceniany w mediach, czy wśród społeczności słuchaczy. Tymczasem "The Division Bell" to wielkie dzieło, bez wątpienia bliskie poziomem do największych nagrań kapeli w jej najbardziej widowiskowym składzie.