sobota, 16 września 2017

Threshold "Legends Of The Shires" (recenzja)

W Threshold powiało wiatrem zmian. Po przeszło dwóch dekadach do składu kapeli powrócił wokalista Glynn Morgan, który na tym gorącym stanowisku zastąpił Damiana Wilsona. Ponadto z zespołem rozstał się gitarzysta Pete Morten, co oznacza, że Anglicy zrezygnowali z drugiej gitary, w dodatku - jak pokazały skądinąd świetne albumy "March Of Progress" i "For The Journey" - bardzo jadowitej gitary. Na krążku gościnnie wystąpił także jeden z ojców założycieli zespołu Jon Jeary, który symbolicznie zanucił kilka słów w utworze "The Shire (Part 3)". Trzeba również odnotować, że w twórczość Threshold wkradła się baśniowa aura, co stanowi kolejną zmianę w porównaniu do politycznych i społecznych tematów poruszanych w ostatnich latach przez kapelę. To równocześnie pierwszy dwupłytowy materiał Anglików w pięknych dziejach ich twórczości. Jak zatem wobec tego rwącego wiatru zmian prezentuje się muzyka Threshold?

Duch Threshold nigdzie nie zniknął. Jedenasty album studyjny zespołu jest znakomity, a zarazem najbardziej rozbudowany w jego dziejach, o czym świadczą nie tyle dwie płyty tworzące album, co przede wszystkim materiał na nich zarejestrowany. Wielki, porywający, oddający esencję twórczości Threshold, a także tworzący kanony dla współczesnych twórców metalu progresywnego. Najwyraźniej dojrzałość służy Anglikom niezależnie od zmian w składzie zespołu. Nie jest bowiem tajemnicą, że prawdziwymi mastermindami, architektami twórczości Threshold są Karl Groom i Richard West, którzy na krążku "Legends Of The Shires" osiągnęli wybitny poziom. Zespół z Surrey nigdy nie został jednak należycie doceniony w szeroko rozumianym świecie muzyki. Jedenasty album studyjny też mu nie zapewni posłuchu wśród mainstreamowej publiczności. Nie o to jednak chodzi w muzyce Threshold. To bowiem kapela dla słuchaczy umiejących docenić kunszt metalu progresywnego. Takiego, który nie opiera się modzie. Konsekwentnego, zorientowanego na wymagającego słuchacza, od którego będzie zabierał wszystkie emocje. Taki też jest album "Legends Of The Shires". To esencjonalne crème de la crème dla wielbicieli gatunku. Kierunek, w którym powinien podążać metal progresywny.

niedziela, 10 września 2017

Vuur "In This Moment We Are Free - Cities" (recenzja)

Znana z The Gathering Anneke van Giersbergen od dziesięciu lat podąża samodzielną ścieżką solową, często też udzielając się w projektach tworzonych przez takich asów muzyki progresywnej jak Arjen Lucassen czy Devin Townsend. Szczególnie u boku tego drugiego urocza Holenderka miała okazję sprawdzić się w ostrych metalowych kompozycjach, dodatkowo przyprawionych o szaleńczy geniusz Kanadyjczyka. Ostrość jest ważna w przypadku nowego projektu Anneke van Giersbergen, która jak sama przyznaje w ostatnim czasie popadła w melancholię spowodowaną przemyśleniami na temat The Gathering, pragnąc w rezultacie zarejestrować album ciężki i metalowy. Taki w zamyśle jest pierwszy krążek Vuur zatytułowany "In This Moment We Are Free - Cities".

Oprócz cenionej wokalistki na płycie pokazali się instrumentaliści z holenderskiej sceny metalowej, a w proces produkcji i tworzenia dzieła wmieszali się tacy zawodnicy jak Mark Holcomb z Periphery, Esa Holopainen z Amorphis i Daniel Cardoso z Anathemy. Całość więc zawiera i odpowiedni ładunek metalowego ciężaru, i szlachetność właściwą Anneke van Giersbergen oraz pozostałym twórcom dzieła. Album "In This Moment We Are Free - Cities" okazuje się mocnym metalowym doznaniem, któremu nie brakuje melodyjności i ciepła, a czasami też folku, ale jego klimat zdominowały drapieżne wymiany instrumentalne na poziomie gitar i perkusji, przez które przebija się wysokiej klasy wokal Anneke van Giersbergen. Całość jest więc jak sama nazwa wskazuje niczym ogień i pasja, ponieważ w języku holenderskim Vuur można tłumaczyć jako ogień, ewentualnie też pasję. Taki jest album "In This Moment We Are Free - Cities".

czwartek, 31 sierpnia 2017

Kaipa "Children Of The Sounds" (recenzja)

Niewiarygodne, ale szwedzka Kaipa debiutowała dużym albumem jeszcze w 1975 roku. Ze starego składu ostał się tylko Hans Lundin, który od zawsze nadaje kierunki i wyznacza rozwój twórczy tej brzmiącej dziś oldschoolowo kapeli. Jej nowy album, trzynasty w bogatej karierze, nosi tytuł "Children Of The Sounds", a jego inspiracje wyszły z natury. Hans Lundin przyznaje, że głównym czynnikiem do napisania nowych utworów był otaczający go świat. Ten nieskażony, niedotknięty industrialnym ludzkim zniszczeniem, szczery i na swój unikatowy sposób dziewiczy. Ceniony w Szwecji muzyk stwierdził także, iż "Children Of The Sounds" zaczął powstawać pod wpływem koncertu, który wraz ze swoim solowym projektem zagrał obecny perkusista Kaipy Morgan Agren. Uczestnictwo w tym koncercie było dla Hansa Lundina wyjątkowym przeżyciem. W sumie więc miks tych inspiracji, natura i brzmienie klimatycznego koncertu, przyczyniło się do napisania trzynastego albumu Kaipy.

Album "Children Of The Sounds" zawiera pięć rozbudowanych utworów utrzymanych w esencjonalnych standardach szwedzkiego rocka progresywnego. Krążek charakteryzuje się ciepłym, przyjaznym brzmieniem, a kompozycje na nim zawarte - tak niepospieszne, niemalże leniwe - doskonale odzwierciedlają specyfikę twórczości zespołu Kaipa. Wśród bogatych przestrzeni, wypełnionych wypuszczeniami instrumentalistów i fantastycznymi partiami klawiszowymi Hansa Lundina, wyłania się ten sam zespół, który przeszło czterdzieści lat temu zaczął ubarwiać szwedzką scenę rocka. Kaipa niczego dziś nie udowadnia. Nie jest zespołem, który byłby w stanie wstrząsnąć sceną rocka progresywnego, ale dzięki takim albumom jak "Children Of The Sounds" znacząco scenę ubarwia. Całość ma więc swoją charakterystyczną, typową dla Kaipy wymowę. Utwory częściej sięgają do kolorowych patentów z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku, aniżeli łączą się ze współczesnymi standardami instrumentalnymi, choć i tych nie zabrakło na "Children Of The Sounds", w czym duża zasługa takich asów szwedzkiej sceny prog rocka i metalu jak Jonas Reingold, Per Nilsson i wspomniany Morgan Agren, którzy sprawili, że nowy album Kaipy pomimo intensywnej warstwy retro dźwięków oferuje też nowocześnie brzmiące zagrywki instrumentalne.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Steven Wilson "To The Bone" (recenzja)

Do kości. Do korzeni. Jeden z najważniejszych współczesnych twórców rocka progresywnego, wizjoner i eksperymentalista, człowiek obdarzony niezwykłą emocjonalnością, czyli Steven Wilson, powrócił z piątym solowym dużym albumem studyjnym. Dzieło zatytułowane "To The Bone" miało być według Anglika dosłownym powrotem do korzeni. Steven Wilson chciał zarejestrować materiał pozbawiony doniosłego konceptu i wyrafinowanych form, album składający się z zestawu piosenek inspirowanych twórczością takich muzyków jak choćby David Bowie czy Prince, czyli o wiele bardziej przyjazny dla masowego słuchacza, niż wszystkie inne dotychczasowe solowe nagrania Stevena Wilsona. Te założenia jednak nie zostały w pełni zrealizowane. Pomimo, że "To The Bone" w dużej części zabiera do świata nośnych, pokolorowanych retro stylistką dźwięków, to nie można odmówić mu wyrafinowania, właściwej temu artyście wizji podszytej eksperymentalizmem, czy też po prostu wielkiego kunsztu w tworzeniu muzyki wyprzedzającej o dystans pół-maratoński wielu innych współczesnych twórców rocka progresywnego. Ten materiał to także pod wieloma względami nawiązanie do twórczości artysty w ramach legendarnego Porcupine Tree.

Żaden z dotychczasowych albumów solowych Stevena Wilsona nie nawiązywał tak mocno do nagrań wspomnianej kapeli, jak ma to miejsce w przypadku "To The Bone" zarówno jeśli chodzi o zarejestrowaną muzykę, jak również wyśpiewane słowa. Tak jak wspomniałem krążkowi nie towarzyszy forma koncepcyjna, ale wciąż mówi o rzeczach ważnych. Otóż w jedenastu nowych utworach Stevena Wilsona dominują refleksje na temat problemów współczesnego świata. Nie są to refleksje optymistyczne. Steven Wilson oskarża. Jest niczym Émile Zola i jego słynne: "J'accuse…!". Zmienia się wszak kontekst wykrzyczanych słów, ale nie zmienia się ich waga. Świat oszalał, odrzucając moralność i człowieczeństwo, dlatego dziś niektórzy muzycy próbują przywrócić równowagę moralną w świadomości ludzi. W ten sposób Steven Wilson nie pozostaje obojętny na problemy uchodźców, którzy opuszczają swoje we krwi utopione ziemie w poszukiwaniu lepszego życia. To życie w cywilizowanej Europie często nie następuje, stanowiąc przedłużenie domowego koszmaru. Steven Wilson więc protestuje odwołując się do sensu człowieczeństwa. Ponadto album "To The Bone" to także wyznanie angielskiego twórcy na temat nowoczesności i jej wszelkich elektronicznych dobrodziejstw. Anglik męczy się nowoczesnością, w której życie zostało przeniesione do poziomu transmisji danych. Wiele z utworów na krążku "To The Bone" są pewnego rodzaju fragmentami spowiedzi Stevena Wilsona. To jego wyznanie grzechu złości i zmęczenia wobec otaczającego go świata. Artysta dostrzega wśród współczesnych ludzi pustkę, z której rodzi się mrok, a następnie ciche odchodzenie w objęciach owego mroku. W sumie więc pomimo, że "To The Bone" nie wiąże się w wyraźnej formie koncepcyjnej, to mówi o człowieku, jego kondycji w XXI wieku i problemach, w tym psychicznych, jakie go dręczą. Mówi też o nieświadomości ludzi, która dla Stevena Wilsona wydaje się niezrozumiała.