sobota, 31 grudnia 2022

Amorphis "Halo" (recenzja)

W liczbach czternasty album Amorphis to jedenaście utworów rozpisanych na prawie 56 minut, w słowach i muzyce to kolejna piękna opowieść Finów, obok której nie można przejść obojętnie. Bez wątpienia "Halo" powinien znaleźć się wysoko w końcoworocznych podsumowaniach na najlepszą płytę roku, bo jest nie tylko potwierdzeniem wyjątkowego talentu i doświadczenia Amorphis w tworzeniu wielkich muzycznych opowieści, ale i kolejnym suwerennym rozdziałem napisanym w tomie kulturowego dziedzictwa Suomi. Niezwykłe jest przeżywanie emocji, które zaklęły się w "Halo".

Album zawiera charakterystyczną dla Amorphis miksturę rocka, metalu, folku i melodyjności. Nie ograniczają go proste konwencje. Muzycy Amorphis rzeźbią w dźwięku z wyjątkowym urokiem, bywają agresywni i drapieżni, aby na dystansie jednego utworu sięgnąć po wyśpiewany w różnych wymiarach chór ("Northwards", "War). Niekiedy też zwalniają, o wiele więcej poświęcając miejsca folkowym przestrzeniom, aniżeli metalowi, nie tracąc przy tym charakteru ("Windmane"), choć zdarzyło się na dystansie albumu "Halo", że muzyka Amorphis zaczęła brzmieć bardzo nowocześnie. Chodzi mi przede wszystkim o otwarcie kompozycji "Seven Roads Come Together", w której instrumentaliści szybko sięgną po właściwe sobie riffy i inne ciężkie partie instrumentalne, ale charakterystyczny unowocześniony dźwięk będzie jeszcze o sobie przypominał. Nieźle też wybrzmiewa finałowa partia utworu, jakby niezdarna i improwizowana, okazuje się jazdą bez trzymanki w stylu fińskiej kapeli.

Na dystansie krążka rewelacyjnie brzmią dynamiczne kompozycje, w których Tomi Joutsen swoim wokalem - growlując lub śpiewając - zmienia atmosferę utworu. Bywa na dystansie utworu, że instrumentaliści Amorphis rozgrzewają się do dzikiej instrumentalnej agresji, aby wraz ze wskazaniem frontmana zaproponować bardziej nośne momenty ("On The Dark Waters", "A New Land", "When The Gods Came", "Halo"). To zderzenie dwóch światów jest ważna cechą tożsamości kapeli. Porywa, fascynuje, buduje, świadczy o wyrazistym i dojrzałym stylu Amorphis. W każdym razie moim ulubionym utworem - pewnie nie będę w tym odosobniony - na nowym albumie Amorphis jest piękna, podniosła ballada "The Moon". To podróż po lirycznej wrażliwości kapeli, wspaniała narracja Tomiego Joutsena, ale też równocześnie kolejne odzwierciedlenie wielkich instrumentalnych możliwości muzyków. Utwór nie do zapomnienia. Można przy nim umierać. Uwielbiam też kompozycję "The Wolf", będącą chyba najbardziej wyrazistym przykładem aktualnego stylu Amorphis. To niezwykle klimatyczne, zręczne resume możliwości fińskiego zespołu - począwszy od instrumentalistów galopujących po różnych przestrzeniach muzycznej wrażliwości, przez wielobarwny wokal, ku pięknej, mądrej i budzącej wyobraźnię opowieści, w której nie zabrakło miejsca na magnetyczną przestrzeń.

W tym wszystkim nie wolno zapominać o akcentach, czyli licznych solówkach gitarowych, innych wypuszczeniach instrumentalistów, niekiedy wsparciu innych głosów, czy też dodatkach dźwiękowych, które albumowi "Halo" nadają unikatowego charakteru. Czasem w tych mroźnych północnych ziemiach wyłania się szczypta orientu, niekiedy górę bierze rdzenne plemienne brzmienie. Oczywiście mogą się znaleźć osoby, które będą poszukiwać w nowym albumie Amorphis bardziej surowego, znanego z poprzednich płyt brzmienia. Również nie każdemu do gustu mogą przypaść wspomniane wcześniej smaczki, czy akcenty, w które na "Halo" licznie inwestują Finowie. Całkowitym zaskoczeniem z pewnością okaże się ballada zagrana w stylu Katatonii ("My Name Is Night"), w której Tomi Joutsen wykreował piękny duet wokalny z Petronellą Nettermalm. To zaskoczenie przyniosło niespodziewany rezultat, całkowite zanurzenie się Amorphis w melancholię. Ja to oceniam jako kolejny krok w ewolucji muzycznej zespołu. Krok bardzo potrzebny, bo moim zdaniem kapela ma teraz znacznie więcej do zaoferowania swoim słuchaczom, niż miała wcześniej. Otwiera się na świat, z którego wyrosła. Nie zapomina o swojej dzikości, ale też nie otacza się kokonem własnej przeszłości.

Warto też zagłębić się w słowa. Wszakże "Halo" to album o człowieku i jego wędrówce po ziemiach Północy w starożytnych czasach. Autor wszystkich tekstów Pekka Kainulainen nie łączy poszczególnych utworów w koncepcyjną całość, ale na bazie uniwersalnych historii kreuje obraz człowieka uwikłanego w tajemnice życia. Całość sprawia wrażenie niezwykle przemyślanego, dopracowanego materiału. Wielką przyjemność daje "Halo" słuchaczom - zarówno w muzyce, jak i w słowach. Amorphis ma się więc naprawdę dobrze. Warto w tym krążku poszukać również czegoś, o czym często się zapomina, czyli tego kim jesteśmy i do czego w życiu dążymy.

Ocena: 9/10

"Piękna, mądra, budząca wyobraźnię opowieść"
O albumie w skrócie...


Skład: Tomi Joutsen (w), Esa Holopainen (g), Tomi Koivusaari (g, w), Olli-Pekka Laine (b), Santeri Kallio (ik), Jan Rechberger (p, ik, ip) oraz gościnnie Petronella Nettermalm (w), Francesco Ferrini (ik, ork), Noa Gruman (w), Jesse Bartholomew Zuretti (ork, ik), Erik Mjornell (g), Oskari Auramo (ip)
 
Tracklista:
1. Northwards
2. On the Dark Waters
3. The Moon
4. Windmane
5. A New Land
6. When the Gods Came
7. Seven Roads Come Together
8. War
9. Halo
10. The Wolf
11. My Name Is Night

Rok wydania:
2022
     
 
Kraj: 
Finlandia

Produkcja:
Jens Bogren

Dystrybucja:
Atomic Fire

Gatunek:
Metal Progresywny, Folk

 
Podsumowując: "Wielką przyjemność daje "Halo" słuchaczom - zarówno w muzyce, jak i w słowach. Amorphis ma się więc naprawdę dobrze"

Konrad Sebastian Morawski
 
*Polub Progresję Po Zmroku na facebooku i bądź na bieżąco z aktualnymi recenzjami.
*Możesz też zajrzeć na instagrama Progresji Po Zmroku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz