Kilkanaście lat temu, kiedy byłem w klasie maturalnej, pewnego piątkowego popołudnia stanąłem przed wyborem: zostać na ważnej lekcji historii, będącej ostatnią prostą przed egzaminem dojrzałości, czy zawinąć się na pociąg do Krakowa, ostatni, który na czas dostarczy mnie z podkarpackiej głuszy do klubu Loch Ness. Następnego dnia miał tam wystąpić początkujący polski zespół Riverside, którego płytę "Out Of Myself" katowałem od kilku tygodni. Dojazd w sobotę nie wchodził w grę. Nie wiedziałem co zrobić, więc zapytałem nauczyciela prowadzącego, czy mnie zwolni z lekcji. Powód mojej prośby wydał mu się całkowicie absurdalny. Nie zwolnił mnie, ale z lekcji uciekłem, narażając się później na poważne kłopoty. Nigdy nie żałowałem, bo Riverside zaczarował mnie i liczne zgromadzoną krakowską publiczność. Już wtedy wiedziałem, że oto rodzi się zespół, który wkrótce zostanie legendą. Lata minęły. Teraz to zawodowo ja jestem nauczycielem historii, a Riverside wydał właśnie swój ósmy duży album studyjny zatytułowany "ID.Entity".
Jakkolwiek by nie próbować, to nieuniknione jest pisanie o muzyce tego zespołu w kategoriach nieomal pomnikowych. Riverside to dziś symbol sukcesu. Jeden z tych zespołów, który wydostał się z garażu, ugruntował swoją obecność wśród krajowej publiczności, a następnie przedostał się do masowej świadomości na całym świecie. Kapela, której nie oszczędziły traumatyczne wydarzenia, na tyle wypracowała sobie pozycję na rynku rocka i metalu, że dziś wydaje się niezniszczalna. Z tego też powodu informacja o nowym albumie grupy musi elektryzować. Kreuje również określone oczekiwania i wywołuje ten przyjemny stan gęsiej skórki. Ile jest zespołów made in Poland, których albumy generują tyle emocji? Tym bardziej jest mi miło powiedzieć, że "ID.Entity" to kolejny wielki album w dyskografii Riverside.
Jakkolwiek by nie próbować, to nieuniknione jest pisanie o muzyce tego zespołu w kategoriach nieomal pomnikowych. Riverside to dziś symbol sukcesu. Jeden z tych zespołów, który wydostał się z garażu, ugruntował swoją obecność wśród krajowej publiczności, a następnie przedostał się do masowej świadomości na całym świecie. Kapela, której nie oszczędziły traumatyczne wydarzenia, na tyle wypracowała sobie pozycję na rynku rocka i metalu, że dziś wydaje się niezniszczalna. Z tego też powodu informacja o nowym albumie grupy musi elektryzować. Kreuje również określone oczekiwania i wywołuje ten przyjemny stan gęsiej skórki. Ile jest zespołów made in Poland, których albumy generują tyle emocji? Tym bardziej jest mi miło powiedzieć, że "ID.Entity" to kolejny wielki album w dyskografii Riverside.
Następca płyty "Wasteland" z 2018 roku zawiera siedem kompozycji, które nagrano w The Boogie Town Studio i w Serakos Studio w lipcu i w sierpniu 2022 roku. Materiał pod pewnymi względami nawiązuje do trylogii Reality Dream, ale takie porównanie jest tylko uproszczeniem. Muzycy Riverside przypomnieli słuchaczom, że w ich DNA nie brakuje metalowego brzmienia, choć powrót do mocniejszego grania jest tylko częścią definicji tego złożonego dzieła jakim jest "ID.Entity". Wszakże na dystansie albumu często będą do nas przemawiać duchy klasyków lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku. To wszystko zagrane w finezyjnym stylu, na muzycznych znakach rozpoznawczych Riverside, pełne licznych urozmaiceń i dźwiękowych smaczków, które tworzą harmonijną całość.
Riverside do albumu "ID.Entity" wprowadza się brzmieniem syntezatorów Michała Łapaja, następnie zaś wyrazistą, metalową sekcją gitarowo-perkusyjną. W tle rozbrzmiewają krótkie wokalizy Mariusza Dudy, ale to syntezatory grają główną rolę. Jesteśmy w utworze "Friend Or Foe?". To dynamiczna kompozycja, inspirowana stylistyką retro rocka, w rezultacie jednak oparta na charakterystycznych przejściach i zagrywkach, na które składa się tożsamość Riverside. Tworzy ją właściwe dla kapeli brzmienie gitar i perkusji oraz wyjątkowy wokal. Do tego Michał Łapaj, w swoim stylu, dokłada wizjonerskie dźwięki instrumentów klawiszowych. Jest on prawdziwą duszą tego utworu, ale już na poziomie "Friend Or Foe?" łatwo o wrażenie, że instrumentaliści Riverside grają ciężej, niż było to na trzech poprzednich dużych płytach. Nawet pomimo chwytliwego, singlowego wydźwięku utworu.
Wyraziste, metalowe patenty daje się wyraźnie odczuć w kompozycji "Big Tech Brother". Gitary Mariusza Dudy i Macieja Mellera oraz perkusja Piotra Kozieradzkiego nie oszczędzają się w ciężkich warstwach utworu. W każdym razie zachwyca wstęp - nie chodzi mi o narracyjny komunikat, ale o instrumentalny kocioł, niemalże jak w najbardziej niekontrolowanych fragmentach "Anno Domini High Definition" lub w podzielonym na trzy części utworze "Reality Dream". Słychać tu żywiołowość, pasję oraz intensywność. Kompozycja zaskakuje w swojej strukturze. Zawiera dużo przestrzeni, na której odnajdziemy różne wymiary emocji na skali rozpiętej od melancholii i smutku do złości i agresji. Finał to już instrumentalna jazda bez trzymanki. W podniosłej atmosferze, bez schematów i ograniczeń, jak w najbardziej nieokiełznanych momentach twórczości Riverside.
Na dystansie "ID.Entity" dynamicznie brzmi także utwór "I'm Done With You". Efektowne otwarcie numeru zaprowadzi słuchacza do zderzenia, w którym biorą udział liryczny wymiar twórczości Riverside i metalowa sekcja gitarowo-perkusyjna. Mariusz Duda niemalże jak z niezdiagnozowaną schizofrenią popada w różne stany emocji - śpiewa, krzyczy, broni i oskarża, w tle mając za sobą wielobarwne brzmienie instrumentów. Dawno w muzyce Riverside nie było tyle potrzebnej impulsywności wymieszanej z nostalgią. W podobnym tonie można odebrać utwór "Post-Truth", choć akurat w tym przypadku usłyszymy też dużo rockowych patentów, jakie w ostatnich latach wypracowała kapela, zaś kluczową rolę odgrywają efekty, syntezatory i Hammondy Michała Łapaja. One w zderzeniu z naprawdę świetnymi riffami gitarowymi, w tym kapitalnym solo, tworzą jadowitą całość. Więcej tej trucizny, więcej!
Tymczasem najbardziej krystalicznym przykładem nawiązań do trylogii Reality Dream okazuje się kompozycja "Landmine Blast". W niecałych pięciu minutach odżywają duchy przede wszystkim albumu "Second Life Syndrome" z 2005 roku. Dzieje się to na poziomie porozciąganych partii gitarowych i efektownych wypuszczeń instrumentalistów. Kapela nie przywiązuje się do tempa utworu - często zmienia nastrój, zaskakuje i hipnotyzuje dźwiękiem, tworząc jednak spójną, zamkniętą w logiczną klamrę kompozycję. Pod pozorem spontanicznych partii instrumentalnych wyłania się utwór przemyślany od pierwszego do ostatniego dźwięku. W rezultacie najbardziej wyrazisty refleks lustra odbijającego czasy wczesnej twórczości grupy.
Natomiast najdłuższą kompozycję na krążku, czyli "The Place Where I Belong", otacza eteryczna atmosfera. Generalnie leniwy, choć podszyty nutą tajemnicy, utwór rozkręca się powoli. Fantastycznie wybrzmiewają gitarowe zagrywki, sprawiające wrażenie spontanicznych improwizacji, a finałowe solo gitarowe stanowi wyraźny stempel na tym balladowym numerze. Jestem jednak przekonany, że słuchacze, wcześniej znający czas trwania utworu, liczyli tu na efektowne przełamanie jego struktury. Tymczasem utwór całkowicie nieodporny na inspiracje klasykami rocka, nie rozpędza się i nie zaskakuje. Raczej skłania do refleksji, które pogłębiają brzmienie gitar akustycznych, zestaw klasycznych riffów gitarowych i świetna sekcja klawiszowa. W kontrze do spokojnej wymowy "The Place Where I Belong" następuje coś absolutnie zaskakującego. Mariusz Duda po raz pierwszy zaklął na płycie Riverside.
Mocnym słowom towarzyszy mocne przesłanie. W moim odbiorze "ID.Entity" to album o kryzysie tożsamości współczesnego człowieka. Pod tym względem łatwo porównywać wymowę krążka do trylogii Reality Dream, choć w tym przypadku Mariusz Duda wydaje się opowiadać o kryzysie człowieka, którego tożsamość zamienia się na strumienie cyfrowej świadomości. Refleksyjność przegrywa z podłączeniem do sieci, a przeładowane treścią cyfrowe media są niczym wirus, przed którym współczesny człowiek nie potrafi się bronić. Za dużo dziś sztucznego życia, za mało tradycyjnych relacji. Nie jest to krytyka postępu, ale ostrzeżenie przed cyfrowym nowotworem, który daje przerzuty na psychiczną warstwę życia współczesnego człowieka.
Na finał ósmego dużego albumu Riverside proponuje utwór "Self-Aware", będący najlepszym z możliwych podsumowań "ID.Entity", ale i prawdopodobnie zapowiedzią kierunku, który został obrany przez kapelę. To wielowątkowa kompozycja, której nie brakuje zadziornej sekcji instrumentalnej, takiej jak na dystansie całej płyty, ale i właściwej dla grupy oryginalności. Dużo klasycznych patentów, wpisujących się w ogólny instrumentalny wydźwięk albumu, to jakby uzupełnienie stylu Riverside, a zarazem unikatowej tożsamości zespołu, o której właśnie przypomniał swoim słuchaczom. Równocześnie "ID.Entity" to ekspozycja doświadczenia, talentu i kunsztu grupy. W tej wyjątkowej podróży, nie tylko do początków twórczości Riverside, można próbować odnaleźć samego siebie, swoją tożsamość i miejsce w czasach niekoniecznie utrzymanych w cyfrowym stanie świadomości. Lata mijają, a Riverside wciąż lśni niczym diament.
Riverside do albumu "ID.Entity" wprowadza się brzmieniem syntezatorów Michała Łapaja, następnie zaś wyrazistą, metalową sekcją gitarowo-perkusyjną. W tle rozbrzmiewają krótkie wokalizy Mariusza Dudy, ale to syntezatory grają główną rolę. Jesteśmy w utworze "Friend Or Foe?". To dynamiczna kompozycja, inspirowana stylistyką retro rocka, w rezultacie jednak oparta na charakterystycznych przejściach i zagrywkach, na które składa się tożsamość Riverside. Tworzy ją właściwe dla kapeli brzmienie gitar i perkusji oraz wyjątkowy wokal. Do tego Michał Łapaj, w swoim stylu, dokłada wizjonerskie dźwięki instrumentów klawiszowych. Jest on prawdziwą duszą tego utworu, ale już na poziomie "Friend Or Foe?" łatwo o wrażenie, że instrumentaliści Riverside grają ciężej, niż było to na trzech poprzednich dużych płytach. Nawet pomimo chwytliwego, singlowego wydźwięku utworu.
Wyraziste, metalowe patenty daje się wyraźnie odczuć w kompozycji "Big Tech Brother". Gitary Mariusza Dudy i Macieja Mellera oraz perkusja Piotra Kozieradzkiego nie oszczędzają się w ciężkich warstwach utworu. W każdym razie zachwyca wstęp - nie chodzi mi o narracyjny komunikat, ale o instrumentalny kocioł, niemalże jak w najbardziej niekontrolowanych fragmentach "Anno Domini High Definition" lub w podzielonym na trzy części utworze "Reality Dream". Słychać tu żywiołowość, pasję oraz intensywność. Kompozycja zaskakuje w swojej strukturze. Zawiera dużo przestrzeni, na której odnajdziemy różne wymiary emocji na skali rozpiętej od melancholii i smutku do złości i agresji. Finał to już instrumentalna jazda bez trzymanki. W podniosłej atmosferze, bez schematów i ograniczeń, jak w najbardziej nieokiełznanych momentach twórczości Riverside.
Na dystansie "ID.Entity" dynamicznie brzmi także utwór "I'm Done With You". Efektowne otwarcie numeru zaprowadzi słuchacza do zderzenia, w którym biorą udział liryczny wymiar twórczości Riverside i metalowa sekcja gitarowo-perkusyjna. Mariusz Duda niemalże jak z niezdiagnozowaną schizofrenią popada w różne stany emocji - śpiewa, krzyczy, broni i oskarża, w tle mając za sobą wielobarwne brzmienie instrumentów. Dawno w muzyce Riverside nie było tyle potrzebnej impulsywności wymieszanej z nostalgią. W podobnym tonie można odebrać utwór "Post-Truth", choć akurat w tym przypadku usłyszymy też dużo rockowych patentów, jakie w ostatnich latach wypracowała kapela, zaś kluczową rolę odgrywają efekty, syntezatory i Hammondy Michała Łapaja. One w zderzeniu z naprawdę świetnymi riffami gitarowymi, w tym kapitalnym solo, tworzą jadowitą całość. Więcej tej trucizny, więcej!
Tymczasem najbardziej krystalicznym przykładem nawiązań do trylogii Reality Dream okazuje się kompozycja "Landmine Blast". W niecałych pięciu minutach odżywają duchy przede wszystkim albumu "Second Life Syndrome" z 2005 roku. Dzieje się to na poziomie porozciąganych partii gitarowych i efektownych wypuszczeń instrumentalistów. Kapela nie przywiązuje się do tempa utworu - często zmienia nastrój, zaskakuje i hipnotyzuje dźwiękiem, tworząc jednak spójną, zamkniętą w logiczną klamrę kompozycję. Pod pozorem spontanicznych partii instrumentalnych wyłania się utwór przemyślany od pierwszego do ostatniego dźwięku. W rezultacie najbardziej wyrazisty refleks lustra odbijającego czasy wczesnej twórczości grupy.
Natomiast najdłuższą kompozycję na krążku, czyli "The Place Where I Belong", otacza eteryczna atmosfera. Generalnie leniwy, choć podszyty nutą tajemnicy, utwór rozkręca się powoli. Fantastycznie wybrzmiewają gitarowe zagrywki, sprawiające wrażenie spontanicznych improwizacji, a finałowe solo gitarowe stanowi wyraźny stempel na tym balladowym numerze. Jestem jednak przekonany, że słuchacze, wcześniej znający czas trwania utworu, liczyli tu na efektowne przełamanie jego struktury. Tymczasem utwór całkowicie nieodporny na inspiracje klasykami rocka, nie rozpędza się i nie zaskakuje. Raczej skłania do refleksji, które pogłębiają brzmienie gitar akustycznych, zestaw klasycznych riffów gitarowych i świetna sekcja klawiszowa. W kontrze do spokojnej wymowy "The Place Where I Belong" następuje coś absolutnie zaskakującego. Mariusz Duda po raz pierwszy zaklął na płycie Riverside.
Mocnym słowom towarzyszy mocne przesłanie. W moim odbiorze "ID.Entity" to album o kryzysie tożsamości współczesnego człowieka. Pod tym względem łatwo porównywać wymowę krążka do trylogii Reality Dream, choć w tym przypadku Mariusz Duda wydaje się opowiadać o kryzysie człowieka, którego tożsamość zamienia się na strumienie cyfrowej świadomości. Refleksyjność przegrywa z podłączeniem do sieci, a przeładowane treścią cyfrowe media są niczym wirus, przed którym współczesny człowiek nie potrafi się bronić. Za dużo dziś sztucznego życia, za mało tradycyjnych relacji. Nie jest to krytyka postępu, ale ostrzeżenie przed cyfrowym nowotworem, który daje przerzuty na psychiczną warstwę życia współczesnego człowieka.
Na finał ósmego dużego albumu Riverside proponuje utwór "Self-Aware", będący najlepszym z możliwych podsumowań "ID.Entity", ale i prawdopodobnie zapowiedzią kierunku, który został obrany przez kapelę. To wielowątkowa kompozycja, której nie brakuje zadziornej sekcji instrumentalnej, takiej jak na dystansie całej płyty, ale i właściwej dla grupy oryginalności. Dużo klasycznych patentów, wpisujących się w ogólny instrumentalny wydźwięk albumu, to jakby uzupełnienie stylu Riverside, a zarazem unikatowej tożsamości zespołu, o której właśnie przypomniał swoim słuchaczom. Równocześnie "ID.Entity" to ekspozycja doświadczenia, talentu i kunsztu grupy. W tej wyjątkowej podróży, nie tylko do początków twórczości Riverside, można próbować odnaleźć samego siebie, swoją tożsamość i miejsce w czasach niekoniecznie utrzymanych w cyfrowym stanie świadomości. Lata mijają, a Riverside wciąż lśni niczym diament.
Ocena: 9/10
O albumie w skrócie...
Skład: Mariusz Duda (b, g, w), Piotr Kozieradzki (p), Michał Łapaj (ik), Maciej Meller (g)
|
|
| Tracklista: CD 1 1. Friend Or Foe? 2. Landmine Blast 3. Big Tech Brother 4. Post-Truth 5. The Place Where I Belong 6. I’m Done With You 7. Self-Aware CD 2 (edycja specjalna) 1. Age Of Anger 2. Together Again 3. Friend Or Foe (Single Edit) 4. Self-Aware (Single-Edit) | Kraj: Polska Produkcja: Mariusz Duda Dystrybucja: Mystic Production Gatunek: Rock Progresywny Metal Progresywny Rok wydania: 2023 |
Podsumowując:
"Muzycy Riverside przypomnieli
słuchaczom, że w ich DNA nie brakuje metalowego brzmienia, choć powrót
do mocniejszego grania jest tylko częścią definicji tego złożonego
dzieła [...] na dystansie albumu często będą
do nas przemawiać duchy klasyków lat siedemdziesiątych i
osiemdziesiątych ubiegłego wieku. To wszystko zagrane w finezyjnym
stylu, na muzycznych znakach rozpoznawczych Riverside, pełne licznych
urozmaiceń i dźwiękowych smaczków, które tworzą harmonijną całość"
Konrad Sebastian Morawski
*Polub Progresję Po Zmroku na facebooku i bądź na bieżąco z aktualnymi recenzjami.
*Możesz też zajrzeć na instagrama Progresji Po Zmroku.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz