Anasazi na rynku metalu progresywnego funkcjonuje od dwudziestu lat. Kapela niekoniecznie dobrze znana w kraju nad Wisłą wydała dotąd pięć albumów studyjnych, a ostatni z nich "Ask The Dust" ukazał się przed pięcioma laty. W jubileuszowym roku działalności Francuzów zespół kontynuuje dotąd wypracowany styl, choć łatwo o wrażenie, że tegoroczny album Anasazi pt. "Cause & Consequences" jest najbardziej dojrzałym materiałem w jego dyskografii. Byłoby pewnym uproszczeniem, gdybym napisał, że to synteza dotychczasowej twórczości grupy, ponieważ Francuzi próbują wytyczać nowe kierunki swojego muzycznego rozwoju. W tym twórczym procesie Anasazi nie uchroni się od licznych porównań i odniesień do muzyki napisanej przez gigantów.
Właśnie kwestia odnalezienia własnej tożsamości może być jedynym problemem albumu "Cause & Consequences". Dwudziestoletnia kapela, tak jak w przypadku poprzednich nagrań, tak również w przypadku szóstego krążka nie stroni od szerokiego wachlarza inspiracji. Odnajdywanie wpływów innych kapel może okazać się niezłą rozrywką, ale na dłuższą metę uzasadnione pozostaje pytanie co z tożsamością Francuzów? Częściowych odpowiedzi udzielają kolejne utwory na dystansie "Cause & Consequences". Tylko częściowych, ponieważ album pomimo spójnego, przemyślanego brzmienia, wyłania się jako próba kompromisu pomiędzy wzorowaniem się na najlepszych, a prezentacją samodzielnych możliwości w fazie kreacji muzyki. Sprawdźmy więc zawartość krążka na poziomie poszczególnych utworów.
Otóż mocne otwarcie albumu w stylu Tool pod postacią utworu "Trapped" na wstępie pokazuje, że z Anasazi nie ma żartów. Kapela gra agresywnie, ale zachowując przy tym świetne brzmienie pod względem technicznym. Kolejne utwory na krążku są dopieszczone w każdym detalu. Dobrze się słucha tej muzyki, choć inspiracje amerykańskimi wizjonerami z Los Angeles są aż nadto odczuwalne (szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę albumy "Aenima", "Lateralus" i "10,000 Days"). Czy to dobrze, czy źle? Wróćmy do otwierającej album kompozycji "Trapped". Rewelacyjne gitarowe korytarze tworzą tu Mathieu Madani i Brunos Saget, ten pierwszy dodaje charakterystyczne maynardowskie partie wokalne czasem śpiewając, niekiedy po prostu krzycząc. Struktura utworu okazuje się zachęcająca. Powoduje w słuchaczu uczucie chęci odkrywania kolejnych jej fragmentów, a że nieoczywistości w "Trapped" jest dużo, to możecie przekonać się sami. Tyle, że to muzyczny taniec na kościach wciąż żywych muzyków Tool.
Taki wyraźny toolism odnajdziemy także w kompozycji "Disheartening". Plemienna, rytualna celebracja dźwięku w zestawieniu z metalowym instrumentarium brzmi znajomo, prawda? Nie jest to może utwór tak bardzo osadzony w rdzeniu klasycznej twórczości Amerykanów, a wokalista też nieco obniża ton w swoich partiach, ale wspomniane zabiegi dźwiękowe mają już swój kod genetyczny. Do tego dochodzą kotłujące się w tle partie gitar, krótkie riffy, a wreszcie też przejścia pomiędzy różnymi sekcjami instrumentalnymi, które wskazują na ulubione narzędzie Anasazi. Tymczasem bardzo w stylu ostatnich albumów Opeth na dystansie albumu "Cause & Consequences" wybrzmiewa kompozycja "324". Łagodniejsze brzmienie utworu (w porównaniu do otwarcia), hardrockowe riffy utopione w psychodelicznym sosie, a także ogólna wymowa utworu muszą przywoływać twórczość Szwedów. Świetne są tu przestrzenie instrumentalne, kapitalnie wybrzmiewa finałowe solo gitarowe. Całość - swoją drogą - dopełnia pozbawiony wszelkich konwencji teledysk. W kierunku muzycznego Sztokholmu kierują nas także obfite partie utworu "Into The Void". Finałowe solo gitarowe - poprzedzone psychodelicznymi zjazdami - temu porównaniu dodaje mocy.
Teraz kilka słów o budzeniu się świadomości Anasazi. Świeżo, bez punktów odniesienia wybrzmiewa utwór "Death Was (Her) Name". We wprowadzeniu oparty na mrocznych efektach elektronicznych, następnie poprowadzony na ciężkich riffach gitarowych i partiach perkusji. Intryguje, okolicami prawie nokautuje, choć w ścieżkach wokalnych Mathieu Madani zdarzyło się sięgać po new metalową manierę wokalną. Poza tym w sensie instrumentalnym to naprawdę ciężka próbka możliwości Anasazi, którą wieńczy kolejne niezłe solo gitarowe. O wszechstronności zespołu świadczy także utwór "Exit Life". W prawie dziewięciu minutach muzyki Francuzi zaproponowali przejażdżkę po kilku gatunkach muzyki. Od rockowych, subtelnych pejzaży, poprzez minimalistyczne zatapianie się w dźwięku (niczym w post metalowych popiołach), ku nieco schizofrenicznym, metalowym odjazdom. W tej wszechstronności nie brakuje też melancholii, smutnej ballady, a dla równowagi dostaniemy tu także brzmienie gitar w stadionowej konwencji. W dwóch słowach: pokręcona kompozycja, tak bardzo ulepiona z różnych materiałów, że staje się totalnie nieodporna na kolejne odsłuchiwania.
Pięknie wybrzmiewa otoczony balladowym nastrojem utwór "Space Beetween". W porównaniu do większości kompozycji na krążku: spokojny, przepełniony nastrojowością, której smaku dodają bogate przestrzenie instrumentalne. Gdzieś między nimi odzywają się narratorzy. Całość wsiąka mocno pod skórę. Instrumentalnie to już rock progresywny, ale zagrany nowocześnie. Wokalnie zaś osobiste wyznanie, pełne żalu, ale i złości. Finalnie to być może najważniejszy przykład możliwości Anasazi w kreowaniu muzyki. Po tej kompozycji na krążku następuje jeszcze trwający przeszło trzynaście minut utwór "The Mourning", który spina w niezłą klamrę cały album "Cause & Consequences". Ano, znowu jesteśmy w Los Angeles, gdzieś pomiędzy "Aenimą" i "Lateralusem". Basowe partie, znowuż maynardowski wokal i w każdy z możliwych sposób charakterystyczne przejścia gitarowe nie mogą przywoływać innego skojarzenia, niż z Tool. Co innego, że ta wielowątkowa kompozycja kryje w sobie prawdziwy ocean muzycznych patentów (efekty, wypuszczenia, przestrzenie, echa i odgłosy)... nie starczyłoby głębokości Rowu Mariańskiego, aby to wszystko pomieścić! Do tego efektowne przełamania struktury, kompozycja zmienia się, a nade wszystko jest w jednym słowie: zajebista!
Taka to jest twórczość Anasazi. Czasami można odnieść wrażenie, że to hołd dla największych, czasami uświadamiasz sobie, że to przecież muzyka zespołu, którego nigdy nie poznałeś. W sumie więc album "Cause & Consequences" przesłuchałem z dużą przyjemnością. Odnalazłem tu mnóstwo świetnej muzyki, choć wiem, że nie w całości jest to muzyka, będąca efektem twórczego wysiłku Anasazi. Francuzi wielokrotnie pokłonili tu się swoim bohaterom, trochę się w nich też wcielając. Finalnie to jednak album, obok którego fani metalu progresywnego nie powinni przejść obojętnie. Ładny jubileusz Anasazi, który z "Cause & Consequences" uczynił sztukę latania, naukę pływania i emocjonalny rollercoaster. Ale jazda!
Właśnie kwestia odnalezienia własnej tożsamości może być jedynym problemem albumu "Cause & Consequences". Dwudziestoletnia kapela, tak jak w przypadku poprzednich nagrań, tak również w przypadku szóstego krążka nie stroni od szerokiego wachlarza inspiracji. Odnajdywanie wpływów innych kapel może okazać się niezłą rozrywką, ale na dłuższą metę uzasadnione pozostaje pytanie co z tożsamością Francuzów? Częściowych odpowiedzi udzielają kolejne utwory na dystansie "Cause & Consequences". Tylko częściowych, ponieważ album pomimo spójnego, przemyślanego brzmienia, wyłania się jako próba kompromisu pomiędzy wzorowaniem się na najlepszych, a prezentacją samodzielnych możliwości w fazie kreacji muzyki. Sprawdźmy więc zawartość krążka na poziomie poszczególnych utworów.
Otóż mocne otwarcie albumu w stylu Tool pod postacią utworu "Trapped" na wstępie pokazuje, że z Anasazi nie ma żartów. Kapela gra agresywnie, ale zachowując przy tym świetne brzmienie pod względem technicznym. Kolejne utwory na krążku są dopieszczone w każdym detalu. Dobrze się słucha tej muzyki, choć inspiracje amerykańskimi wizjonerami z Los Angeles są aż nadto odczuwalne (szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę albumy "Aenima", "Lateralus" i "10,000 Days"). Czy to dobrze, czy źle? Wróćmy do otwierającej album kompozycji "Trapped". Rewelacyjne gitarowe korytarze tworzą tu Mathieu Madani i Brunos Saget, ten pierwszy dodaje charakterystyczne maynardowskie partie wokalne czasem śpiewając, niekiedy po prostu krzycząc. Struktura utworu okazuje się zachęcająca. Powoduje w słuchaczu uczucie chęci odkrywania kolejnych jej fragmentów, a że nieoczywistości w "Trapped" jest dużo, to możecie przekonać się sami. Tyle, że to muzyczny taniec na kościach wciąż żywych muzyków Tool.
Taki wyraźny toolism odnajdziemy także w kompozycji "Disheartening". Plemienna, rytualna celebracja dźwięku w zestawieniu z metalowym instrumentarium brzmi znajomo, prawda? Nie jest to może utwór tak bardzo osadzony w rdzeniu klasycznej twórczości Amerykanów, a wokalista też nieco obniża ton w swoich partiach, ale wspomniane zabiegi dźwiękowe mają już swój kod genetyczny. Do tego dochodzą kotłujące się w tle partie gitar, krótkie riffy, a wreszcie też przejścia pomiędzy różnymi sekcjami instrumentalnymi, które wskazują na ulubione narzędzie Anasazi. Tymczasem bardzo w stylu ostatnich albumów Opeth na dystansie albumu "Cause & Consequences" wybrzmiewa kompozycja "324". Łagodniejsze brzmienie utworu (w porównaniu do otwarcia), hardrockowe riffy utopione w psychodelicznym sosie, a także ogólna wymowa utworu muszą przywoływać twórczość Szwedów. Świetne są tu przestrzenie instrumentalne, kapitalnie wybrzmiewa finałowe solo gitarowe. Całość - swoją drogą - dopełnia pozbawiony wszelkich konwencji teledysk. W kierunku muzycznego Sztokholmu kierują nas także obfite partie utworu "Into The Void". Finałowe solo gitarowe - poprzedzone psychodelicznymi zjazdami - temu porównaniu dodaje mocy.
Teraz kilka słów o budzeniu się świadomości Anasazi. Świeżo, bez punktów odniesienia wybrzmiewa utwór "Death Was (Her) Name". We wprowadzeniu oparty na mrocznych efektach elektronicznych, następnie poprowadzony na ciężkich riffach gitarowych i partiach perkusji. Intryguje, okolicami prawie nokautuje, choć w ścieżkach wokalnych Mathieu Madani zdarzyło się sięgać po new metalową manierę wokalną. Poza tym w sensie instrumentalnym to naprawdę ciężka próbka możliwości Anasazi, którą wieńczy kolejne niezłe solo gitarowe. O wszechstronności zespołu świadczy także utwór "Exit Life". W prawie dziewięciu minutach muzyki Francuzi zaproponowali przejażdżkę po kilku gatunkach muzyki. Od rockowych, subtelnych pejzaży, poprzez minimalistyczne zatapianie się w dźwięku (niczym w post metalowych popiołach), ku nieco schizofrenicznym, metalowym odjazdom. W tej wszechstronności nie brakuje też melancholii, smutnej ballady, a dla równowagi dostaniemy tu także brzmienie gitar w stadionowej konwencji. W dwóch słowach: pokręcona kompozycja, tak bardzo ulepiona z różnych materiałów, że staje się totalnie nieodporna na kolejne odsłuchiwania.
Pięknie wybrzmiewa otoczony balladowym nastrojem utwór "Space Beetween". W porównaniu do większości kompozycji na krążku: spokojny, przepełniony nastrojowością, której smaku dodają bogate przestrzenie instrumentalne. Gdzieś między nimi odzywają się narratorzy. Całość wsiąka mocno pod skórę. Instrumentalnie to już rock progresywny, ale zagrany nowocześnie. Wokalnie zaś osobiste wyznanie, pełne żalu, ale i złości. Finalnie to być może najważniejszy przykład możliwości Anasazi w kreowaniu muzyki. Po tej kompozycji na krążku następuje jeszcze trwający przeszło trzynaście minut utwór "The Mourning", który spina w niezłą klamrę cały album "Cause & Consequences". Ano, znowu jesteśmy w Los Angeles, gdzieś pomiędzy "Aenimą" i "Lateralusem". Basowe partie, znowuż maynardowski wokal i w każdy z możliwych sposób charakterystyczne przejścia gitarowe nie mogą przywoływać innego skojarzenia, niż z Tool. Co innego, że ta wielowątkowa kompozycja kryje w sobie prawdziwy ocean muzycznych patentów (efekty, wypuszczenia, przestrzenie, echa i odgłosy)... nie starczyłoby głębokości Rowu Mariańskiego, aby to wszystko pomieścić! Do tego efektowne przełamania struktury, kompozycja zmienia się, a nade wszystko jest w jednym słowie: zajebista!
Taka to jest twórczość Anasazi. Czasami można odnieść wrażenie, że to hołd dla największych, czasami uświadamiasz sobie, że to przecież muzyka zespołu, którego nigdy nie poznałeś. W sumie więc album "Cause & Consequences" przesłuchałem z dużą przyjemnością. Odnalazłem tu mnóstwo świetnej muzyki, choć wiem, że nie w całości jest to muzyka, będąca efektem twórczego wysiłku Anasazi. Francuzi wielokrotnie pokłonili tu się swoim bohaterom, trochę się w nich też wcielając. Finalnie to jednak album, obok którego fani metalu progresywnego nie powinni przejść obojętnie. Ładny jubileusz Anasazi, który z "Cause & Consequences" uczynił sztukę latania, naukę pływania i emocjonalny rollercoaster. Ale jazda!
Ocena: 8/10
![]() |
| Zapnijcie pasy. |
Skład: Mathieu Madani (b, g, ik, w), Brunos Saget (g), Anthony Barruel (p)
|
|
| Tracklista: 1. Trapped 2. 324 3. Death Was (Her) Name 4. Exit Life 5. Disheartening 6. Into The Void 7. Space Beetween 8. The Mourning Rok wydania: 2023 | Kraj: Francja Produkcja: Mathieu Madani, Tristan Klein Dystrybucja: Not On Label Gatunek: Metal Progresywny Rock Progresywny |
Podsumowując:
"W tym twórczym procesie Anasazi nie uchroni się od licznych porównań i odniesień do muzyki napisanej przez gigantów"
Konrad Sebastian Morawski
*Polub Progresję Po Zmroku na facebooku i bądź na bieżąco z aktualnymi recenzjami.
*Możesz też zajrzeć na instagrama Progresji Po Zmroku.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz